Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

STEVEN WILSON

The Future Bites

29.01.2021

Ocena:
★★★★★★★★★

autorka:
Aleksandra Wojcińska

blog autorki:

https://miedzyuchemamozgiem.blogspot.com/

Wyobraź sobie pewną sytuację. Jesteś twórcą cenionym na całym świecie wśród miłośników sztuki niezależnej, ambitnej, niekomercyjnej. Oczekuje się od Ciebie wypracowanej przez lata najwyższej jakości twojej pracy i pewnej formy działań. Jednocześnie ty nie chcesz stać w miejscu, bo nudzi cię, a nawet trochę denerwuje to, z czym jesteś kojarzony i masz ochotę zrobić coś nowego, trochę innego niż chcieliby twoi wielbiciele, ponadto to, co w pełni odda twój nastrój i zaobserwowaną rzeczywistość z twojej perspektywy, podkreślając twoją wyjątkowość. Co robisz? A - masz gdzieś fanów i działasz zgodnie ze swoim sumieniem, czy B - rezygnujesz z ryzyka i robisz wszystko, by trafić do wiernej grupy odbiorców?

Być może przed takim dylematem stanął Steven Wilson, szukając inspiracji na nową płytę. Być może było zupełnie inaczej i wszelkie domysły, czy próby zrozumienia, a tym samym dalsze pisanie tego tekstu nie mają sensu. Bez wątpienia artysta chciał zrobić coś świeżego, co odda ducha postępu technologicznego i zdominowanej przez algorytmy rzeczywistości drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Nie bez powodu już przy poprzedniej płycie wybrał dużą wytwórnię, rozpoczął współpracę z kilkoma nowymi osobami i odświeżył swój wizerunek, teraz jeszcze bardziej to podkreślając. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że ta muzyka podzieli fanów Wilsona jeszcze mocniej, niż wszystkie poprzednie dokonania.

Jeśli utożsamiałeś muzykę progresywną z kilkunastominutowymi kompozycjami z przewagą gitarowych solówek, to właściwie możesz sobie darować słuchanie tego albumu. Dla wielu artystów, w tym także Wilsona progres to postęp, pójście z duchem czasu, wkraczanie na tereny dotąd nieeksplorowane i niepowielanie wypracowanych wcześniej schematów. Faktycznie jest to w pewnym sensie nowy kierunek i można niekiedy odnieść wrażenie, że komercyjny. Ale czy na pewno?

Pewne symptomy obranej przez artystę drogi były widoczne już na "To The Bone" i ostatniej płycie No-Man. Wilson mówił o niej między wierszami także podczas koncertów. Na "The Future Bites" dominuje przystępność, taneczność i piosenkowa lekkość. Nie ma skomplikowanych instrumentalnych struktur, na próżno szukać też zmian tempa i witruozerskich rozwiązań brzmieniowych. Trochę na przekór oczekiwaniom daje dowód na to, że największymi inspiracjami są dla niego nieprzewidywalni David Bowie i Prince, niekoniecznie zaś legendy gitarowego grania, których płyty tak chętnie poddaje gruntownej obróbce technicznej i miksom, by brzmiały zgodnie ze współczesnymi standardami jakościowymi.

Wróćmy jednak do wspomnianej komercji. Gdyby posłuchać tak powierzchownie samych dźwięków bez zagłębiania się w słowa, można by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z albumem nagranym pod schemat wielkiej wytwórni, mającej na celu jedynie bogacenie się. Nic bardziej mylnego. To koncepcyjna wypowiedź, w której teksty mają znaczenie kluczowe, a przy okazji nasycona czarnym humorem. Słowa pasują do muzyki idealnie, celnie punktując to, o czym pisałam kilka tygodni temu na temat "wydawnictwa" "The B-Sides Collection".  Tym samym potwierdziły się moje przypuszczenia na temat zawartości albumu.  

Wilson śmieje się słuchaczowi prosto w twarz podkreślając na każdym kroku, że otacza nas krótko pisząc wielki, ale gustownie zapakowany syf (tak poniekąd można przetłumaczyć "eminent sleaze"). W czasach, gdy można sprzedać i kupić absolutnie wszystko niezwykle ważne jest, by nie stracić czujności. Wątpliwe źródła informacji, chaos, przejmowanie kontroli przez algorytmy sztucznej inteligencji, wpływającej coraz śmielej na podejmowane przez człowieka decyzje, wylewający się z wypowiedzi hejt, zanik wartości, człowieczeństwa, coraz większe trudności w samodzielnym myśleniu, chęć ciągłego zwracania na siebie uwagi, przeniesienie kontaktów do mediów społecznościowych, izolacja - tak wygląda życie w ostatnich latach i niestety nie jest to dobry kierunek. Jak tak dalej pójdzie, będzie jeszcze gorzej.

Wilson bawi się konwencją, a jednocześnie zmusza do myślenia, podając ważne treści na tle pozornie banalnych dźwięków. Zderza tożsamość człowieka z otaczającą go technologią.  Tej płyty słucha się jednak z ogromną przyjemnością, zarówno w całości, jak i we fragmentach. Wilson kieruje się w stronę tanecznego popu, ale jego kompozycje nie tracą przy tym charakteru. Steven nagrał je po swojemu, nie oglądając się na schematy. Niemal dziesięciominutowy "Personal Shopper" hipnotyzuje pulsującymi klawiszami i beatami, "Follower" wyrywa z letargu energią i bezkompromisową lekkością, przy okazji kojarząc się trochę z "This Picture" Placebo, "Eminent Sleaze" uwodzi pulsującą melodią. Przy okazji może wprawić w zakłopotanie tych uzależnionych od zakupów w sieci i dbających o zasięgi użytkowników Instagrama czy TikToka, czy bezrefleksyjnie przyjmujących na wiarę informacje docierające ze świata.

Już sam początek w postaci przeciwstawnych - tajemniczego, budującego napięcie "Unself" i porywającego refrenem, w którym doskonałą robotę wykonały w chórkach  Wendy Harriott, Bobbie Gordon i Crystal Williams. "Self" przykuwa uwagę i nie pozwala oderwać się od płyty. Właściwie każdy utwór wchodzi w głowę i na swój sposób intryguje. Są też odniesienia do przeszłości, np. w "King Ghost", który brzmi jak naturalna muzyczna kontynuacja kompozycji "Index" i "Song Of I", czy urokliwy "12 Things I Forgot", nawiązujący trochę do tych najbardziej przystępnych wilsonowych ballad z czasów Porcupine Tree. 

Dodać warto, że albumowej koncepcji towarzyszy bardzo przemyślana kampania marketingowa, połączona ze sprzedażą wyjątkowych gadżetów zapakowanych i zaprezentowanych na wzór największych potentatów na rynku technologii, w tym firmy Apple. Wśród nich prym wiodą rolki papieru toaletowego, puszki z powietrzem i dziurkacz. Całości towarzyszy prosta i sugestywna oprawa wizualna i świetne teledyski. Koncepcja emanuje świeżością i humorem.

To jaka jest w końcu ta płyta? Moim zdaniem fantastyczna, szczera i bezpośrednia. Inna, a jednocześnie bardzo w stylu artysty. Czy trafi do jego fanów? Myślę, że dotrze przede wszystkim do osób o otwartych umysłach, z poczuciem humoru, być może także tych, które do tej pory nie były przekonane, czy chcą słuchać jego muzyki. Wilson znowu zrobił swoje i udowodnił, że ma do siebie i swojej twórczości ogromny dystans.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.