Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

AC/DC

Power Up

13.11.2020

Ocena:
★★★★★★★★★★

autor:
Sławomir Orski

Nazwę AC/DC zna chyba każdy miłośnik muzyki rockowej. Ten kultowy zespół z Australii od 45 lat wyznacza standardy hard rocka i stał się wielkim absolutnym klasykiem ciężkiego grania, chociaż wciąż nagrywa tę samą płytę. Ale po co zmieniać patent, jeśli ten się sprawdza, a każdy kolejny album grupy staje się komercyjnym hitem? To absolutny ewenement i spory problem dla recenzenta, bo wielkich artystów ganić nie wypada, a łojenie na jedno kopyto zwykle na to zasługuje. Jednak nie w przypadku AC/DC. Panowie wydają płyty raz na 6 czy 8 lat, więc trzeba się cieszyć, że nadal im się chce. Przy okazji albumu Rock Or Bust z 2014 roku pisałem, że Australijczyków świat ceni za bezkompromisowe granie rock'n'rolla, surowe brzmienie, równo pracującą sekcję, charakterystyczne hardrockowe riffy, nośne refreny i wszechobecną energię, która rozsadza poszczególne kawałki. I dokładnie to serwują na nowej płycie zatytułowanej Power Up. Płycie niemal identycznej jak poprzednik, ale… znacznie lepszej i bardziej wyrazistej.

Album cieszy tym bardziej, że przecież mogło go w ogóle nie być. Ta historia mogła mieć swój koniec, bo w ciągu tych kilku lat na zespół spadła cała seria nieszczęść. Demencja zmusiła do odejścia Malcolma Younga, współzałożyciela zespołu - jego miejsce zajął kuzyn Stevie. Na skutek częściowej utraty słuchu wokalista Brian Johnson nie dokończył trasy promującej poprzedni krążek - zastąpił go Axl Rose. Perkusista Phil Rudd w efekcie problemów z prawem został zamknięty w domowym areszcie, a basista Cliff Williams odszedł na emeryturę. AC/DC praktycznie przestał istnieć. Na lidera projektu Angusa Younga w 2017 roku spadły kolejne ciosy - najpierw zmarł jego najstarszy brat George (producent kilku albumów), a niedługo potem odszedł też Malcolm. Angus jednak nie poddał się i postanowił uczcić jego pamięć w najlepszy możliwy sposób: reaktywując grupę i nagrywając piosenki napisane jeszcze wspólnie z bratem. "Zastanawialiśmy się, co robić z płytą, ostatecznie uznaliśmy, że wtłoczymy w świat sporą porcję naszego rock'n'rolla. Damy fanom muzykę, która pozwoli zapomnieć o pandemii. Ta płyta jest hołdem dla Malcolma, tak jak Back In Black było hołdem dla Bona Scotta."

Teraz do rzeczy, bo tu wiele nie trzeba pisać. Już pierwsze takty utworu Realize wyjaśniają, co będzie dalej. Mocarny riff, pulsujący bas, rytmiczna perkusja, typowe dla Australijczyków chórki i chrapliwy głos Johnsona, który po specjalnej kuracji znów dobrze słyszy, śpiewa jak za młodu i mimo 73 lat na karku nie potrzebuje żadnych studyjnych sztuczek maskujących braki wokalne. Drugi kawałek Rejection brzmi tak samo, tylko trochę wolniej. Trzeci to singlowy hicior Shot In The Dark, nagranie mające zadatki na koncertowy klasyk. Jeszcze bardziej melodyjny jest Through The Mists Of Time czy bluesujący Kick You When You're Down. I już dalej nie ma sensu wymieniać, bo jest mniej więcej tak samo - utwory Witch's Spell czy Wild Reputation są równie dobre, ale pechowo znalazły się w dalszej części wydawnictwa, więc zwyczajnie giną w tłoku.

Przez wspomnianą powtarzalność powinienem dać sześć gwiazdek, ale do oceny dodaję jeszcze dwie. Nie za nazwę czy zasługi. Po prostu płyta Power Up kipi energią i zgodnie z tytułem ma więcej poweru, więcej siły rażenia niż większość jej poprzedników. Jest bardziej konkretna, bardziej wyrazista, utwory są bardziej chwytliwe, solówki lepsze, refreny bardziej nośne. Wszystko jest jak należy (poza faktem, że utwory są niemal identyczne i nie da się wysłuchać wszystkich 12 bez znużenia). Rzecz jasna - Power Up nie ma podejścia do czasów Bona Scotta i nieśmiertelnej Highway To Hell, ale od czasów Back In Black może tylko Flick Of The Switch (1983), The Razor's Edge (1990) i Stiff Upper Lips (2000) mogą być tu konkurencją. Brzmieniowo jest idealnie, i tu głęboki ukłon w stronę muzyków i producentów (Brendan O'Brien i Mike Fraser), bo taki analogowy album w tych sterylnych czasach to prawdziwa rzadkość. Po prostu dla AC/DC czas stanął w miejscu. Oby za kolejne 6 lat znów mieli siły i ochotę na kolejny krążek. Ten im się naprawdę udał.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.