Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

FATES WARNING

Long Day Good Night

6.11.2020

Ocena:
★★★★★★★★★★

autor:
Sławomir Orski

Fates Warning to nazwa w Polsce niespecjalnie znana. Powstały na początku lat 80. w USA zespół nie ma tu zbyt wielu fanów, odwrotnie niż np. Dream Theater, który wiele osób uznaje za pionierów progresywnego metalu. Tymczasem John Petrucci i spółka wzorowali się na Fates Warning, nie odwrotnie, co w jednym z wywiadów uczciwie przyznał perkusista Mike Portnoy: "Często fani i krytycy uznają, że pod koniec lat 80. i na początku 90. stworzyliśmy nowy gatunek muzyczny zwany progresywnym metalem, ale prawda jest taka, że Fates Warning robili to lata przed nami". I robią do dzisiaj, niezmiennie na co najmniej przyzwoitym poziomie. Pod szyldem nowej wytwórni Metal Blade Records kwintet z Connecticut właśnie wydał swój 13. album Long Day Good Night.

W zespole z oryginalnego składu pozostał jedynie gitarzysta Jim Matheos (a tylko 5 lat mniej jest na pokładzie wokalista Ray Alder), ale muzyka Fates Warning nic nie straciła ze swej świeżości. Po kilku niezłych płytach z lat 80. (moja ulubiona to The Spectre Within) i 90., w nowym stuleciu panowie zamilkli na całe 9 lat, by w 2013 roku powrócić kapitalnym albumem Darkness In A Different Light i trzy lata później jeszcze lepszym Theories Of Flight. Nie opisałem ich wtedy i dopiero teraz nadrabiam tę zaległość pisząc o grupie przy okazji nowego wydawnictwa. Long Day Good Night to krążek nieco inny. Bardziej zróżnicowany, kapitalnie zagrany i pokręcony jak to zwykle u Amerykanów (oni wciąż poszukują, nie uciekają od eksperymentów, dzięki temu nie zjadają własnego ogona jak Dream Theater), ale z wieloma elementami muzyki łatwiejszej w odbiorze, i przyznam, że nie do końca mi ten kierunek odpowiada. Nie mogę powiedzieć, że np. piosenka Now Comes The Rain jest niedobra. Ale taki błahy pop-rock u pionierów prog metalu? Serio?

Takie "radio friendly" granie najlepiej się sprawdza w balladach, których tu od groma (nic dziwnego - płyta zawiera 72 minuty muzyki i aż 13 utworów!). O ile The Way Home zwodzi słuchacza, bo po nastrojowym wstępie nabiera życia i atakuje agresywnymi riffami, a zamykający całość akustyk The Last Song jest po prostu nijaki (trzeba wierzyć, że nie zapowiada zakończenia działalności grupy, a jedynie zwieńczenie albumu), o tyle dwa inne nagrania są po prostu przepiękne. Nawet jeśli niezbyt pasują do Fates Warning. Under The Sun z wiolonczelą, skrzypcami i tęsknym wokalem Aldera utrzymany jest w średnim tempie, zaś When Snow Falls to już klasyczna ballada z cudownie łkającą gitarą Matheosa.

Balladowy poniekąd charakter ma też najważniejsza kompozycja w zestawie - trwające ponad 11 minut epickie dzieło The Longest Shadow Of The Day. Czego tu nie ma? Najpierw kilka minut instrumentalnych, lekko jazzujących popisów z kapitalną partią Joeya Very na basie oraz imponującym pojedynkiem dwóch gitarzystów (Matheos oraz grający gościnnie Mike Abdow), potem już ostro zwalniamy wraz z emocjonalnym śpiewem Aldera, który towarzyszy nam do samego finału. To wielka rzecz, naprawdę. A skoro przeszliśmy do konkretów, czyli bardziej lub mniej zawiłego prog metalu, z jakiego słyną Fatesi, to też jest tego sporo. Nie tyle, co na poprzedniej płycie, i niekoniecznie tej samej jakości, ale narzekać byłoby grzechem. Przede wszystkim Scars - przebojowy, dynamiczny kawałek, który wydano na singlu i który śmiało może być wizytówką całości. To najlepszy rockowy utwór w zestawie. Prosty i konkretny, zarazem daleki od banalności czy ukłonu w stronę mainstreamu. Poza tym imponuje sam początek albumu - najpierw 8-minutowy The Destination Onward z pięknym lirycznym intro i metalowym rozwinięciem w pełnej krasie. Potem równie dynamiczny, choć trochę nijaki Shuttered World, pozbawiony wyrazistości poprzednika i efektownej melodii, oraz progmetalowe cudeńko, pogmatwane na wszelkie możliwe sposoby Alone We Walk. Niecałe 5 minut, a dzieje się tu więcej niż w wielu rozciągniętych ponad miarę kolosach, ze szczególnym naciskiem na znakomite partie perkusji, za którą zasiada Bobby Jarzombek. Dalej już zaczyna się opisany wcześniej romans z komercją.

Jak to wszystko podsumować? Fates Warning wydał kolejny dobry album, który z każdym kolejnym przesłuchaniem wchodzi coraz głębiej i uzależnia. Nie jest pozbawiony wad - nagrań jest za dużo, trzy czy cztery kompletnie zbędne, niektóre brzmią zbyt popowo, w efekcie płycie brakuje spójności i za to nieco obniżam ostateczną notę (bo oceniam całość, a nie poszczególne utwory). Nie można jednak grupie odmówić ambicji, prób urozmaicenia klasycznej estetyki, a to chyba lepsze, niż wieczne powielanie tych samych patentów. Mimo tego miszmaszu album się wybroni, bo progmetalowego grania też tu wystarczająco dużo. Są ciekawe aranżacje, ogniste riffy, porywające solówki, liczne zmiany tempa, są też niezłe melodie, a wokalista imponuje formą. Czyli… wszystko w normie.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.