Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

Silent Skies

Satellites

11.12.2020

Ocena:
★★★★★★★★★★

autor:
Aleksandra Wojcińska

blog autorki:

https://miedzyuchemamozgiem.blogspot.com/

Nagranie przystępnej, a jednocześnie niebanalnej płyty, która pogodzi miłośników różnych muzycznych stylistyk to wyzwanie bardzo trudne. Wspominałam już o tym przy okazji kilku recenzji, ale w przypadku tego albumu nie sposób ten fakt pominąć. To kwintesencja brzmienia Silent Skies, którzy właśnie wydali swój debiutancki album. 

To projekt wokalisty szwedzkiego zespołu Evergrey, Toma S. Englunda i specjalizującego się w klasycznych fortepianowych kompozycjach Virkama Shankara. Artystów wywodzących się z różnych muzycznych światów połączyła podobna wrażliwość i emocjonalność w tworzeniu kompozycji. 

To propozycja dla miłośników pejzażowej melancholii spod znaku Anathemy i mroku w stylu Katatonii. Nie brakuje tu jednak niemal popowej przystępności. Album płynie, angażując słuchacza refleksyjnymi melodiami, które z jednej strony relaksują i koją, z drugiej zaś wzruszają i zmuszają do myślenia. To muzyka bardzo plastyczna, urzekająca delikatnością i naturalnym, ulotnym pięknem.  

Partie fortepianu doskonale dopełniają brzmienia wiolonczeli, za które odpowiada fantastyczny Raphael Weinroth-Browne, znany nie tylko z dokonań solowych (album "Worlds Within"), lecz także, a może przede wszystkim ze współpracy z Norwegami z Leprous. Muzyka na "Satellites" balansuje, raz zbliżając się do klasyki jak w "Horizons", czy początku "Us" oraz "Dreams", by po chwili skręcić w stronę przebojowego potencjału ("Endless"). Tak dzieje się na całej płycie. Fantastycznie słucha się harmonii wokalnych, a głos Toma buduje nieoczywistą narrację, zbliżając się niekiedy do mrocznej nostalgii spod znaku Jonasa Renkse. Ciekawostką jest tutaj także niebanalna aranżacja hitu Eurythmics, "Here Comes The Rain Again"

Niespełna godzina, którą trzeba przeznaczyć, by wysłuchać tej płyty mija niemal niezauważalnie, zostawiając odbiorcę w stanie spokoju wewnętrznego. Tak działają płyty dobrze zbalansowane, wyważone, dopracowane. Taki właśnie jest debiut Silent Skies - zabrzmi dobrze o każdej porze, choć najlepiej słucha się go po zmierzchu.  To bardzo obiecujący materiał, na który warto zwrócić uwagę.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.