Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

GAZPACHO

Fireworker

18.09.2020

Ocena:
★★★★★★★★★★

autor:
Sławomir Orski

Od euforii do znudzenia - takie uczucia towarzyszą mi przy słuchaniu nagrań grupy Gazpacho. Norwegowie nagrywają płyty wielkie i wybitne (Night, Tick Tock, Demon) oraz do bólu przeciętne, które poza tzw. "klimatem" nie oferują nic interesującego. Nie co dzień jest niedziela. Trudno zresztą winić sekstet z Oslo, że czasem się zapętla, skoro gra muzykę z założenia dość monotonną, której wtóruje łzawy wokal Jana-Henrika Ohme, akceptowalny tylko dla przyzwyczajonych, i to w umiarkowanej dawce. Gazpacho to podawana na zimno, hiszpańska zupa ze zmiksowanych jarzyn i pomidorów, z dodatkiem octu, oliwy i rozmoczonego chleba. Wyjątkowa i oryginalna. Skandynawowie przejęli tę nazwę, ale ich muzyka aż tak nie zaskakuje, jak smak zupy z Andaluzji. To "klasyczny post ambientowy atmosferyczny neoprogresywny folk world rock", jak kiedyś napisał jeden z krytyków. Określenie skomplikowane lecz bardzo trafne. Są tu elementy każdego z tych gatunków, tylko że ten miszmasz nie zawsze tworzy intrygującą całość. Wśród fascynacji muzycznych członków zespołu są m.in. Marillion, Porcupine Tree, Kate Bush, Muse, Pink Floyd, Radiohead, Sigur Ros czy Tori Amos. Kiedyś wzorem wymienionych panowie sporo eksperymentowali, teraz potrafią przez 20 minut wałkować jeden motyw. Tak zrobili na nowej płycie Fireworker…

Album budzi skrajne opinie. Fanom się spodoba, bo to ciągle atmosferyczny rock najwyższej próby, poprawnie wykonane klimatyczne, przestrzenne granie, ale cała reszta ludzi może tego nie wytrzymać. Dwa utwory zajmują 35 minut i nie dzieje się w nich nic na tyle interesującego, by na tak długo skupić uwagę słuchacza. Na dzień dobry 20-minutowy Space Cowboy od razu wyjaśnia, gdzie jesteśmy i czego się spodziewać. Będzie wzniośle i epicko, z symfonicznym przytupem i patetycznymi chórami. Nagranie wielowątkowe w złym tego słowa znaczeniu, składa się z kilku połączonych motywów i żaden nie wybrzmiewa do końca, żaden też nie jest atrakcyjny na tyle, by go zapamiętać. Nawet środkowa partia kompozycji wydana na singlu pod tytułem Clockwork. Każda część z innej parafii i tylko sam finał mnie zachwycił - jest ładny i wyważony, to klasyczne Gazpacho w całej krasie. Ale to zaledwie 5 minut. Lepiej wypada zamykający płytę 15-minutowy Sapien, jest bardziej poukładany, spokojny, natarczywe chóry nie niszczą nastroju, a piękne klawiszowe tła i subtelne bębny idealnie pasują do onirycznego śpiewu Ohme. Ostanie kilka minut to już klasa sama w sobie, gdzie norwescy mistrzowie melancholijnego art rocka znów pokazują swój kunszt. Wreszcie! Szkoda, że tak krótko… Te dwa kolosy przedzielają trzy krótsze piosenki - dwie typowe pościelówy (całkiem ładne, ale bez większej historii) i jedna znacznie żwawsza, najbardziej przebojowa w zestawie. To utwór tytułowy, który również wykorzystano do promocji płyty.

Generalnie w muzyce chodzi o emocje - ich właśnie szukam słuchając nowych płyt. I w przypadku Gazpacho nowy album tych pozytywnych emocji we mnie nie wywołuje. Niby wszystko jest na swoim miejscu - tęskna muzyka, uduchowiony wokal, urzekające solówki, z rozmachem zaaranżowane chóry, symfoniczne wstawki, spajająca całość opowieść (o istocie wolnej woli - tytułowy Fireworker to wewnętrzny byt kierujący naszym życiem, podejmujący za nas decyzje), a jednak całość zupełnie nie działa. Przynajmniej na mnie. Filozoficzne rozważania autorów wydają się dominować nad muzyką, brakuje tu wyszukanych melodii, porywających solówek gitarowych czy klawiszowych popisów, a sam "klimat" tego nie wynagrodzi. Jednak nie mogę napisać, że to zła czy słaba płyta. Jest całkiem przyzwoita, bardzo bezpieczna, a klimatycznie jedna z lepszych w dyskografii. Dobrze się jej słucha, tylko niewiele po niej zostaje. Nie znalazłem tu nagrań, do których chętnie wrócę za jakiś czas. A na poprzednich krążkach zawsze coś takiego było. Może ewentualnie finałowy Sapien… Na Fireworker trochę to wszystko rozmyte, rozmemłane. Ładne, ale takie nijakie. Poza kilkoma wielkimi momentami, o których wspomniałem, jednak te kilka minut nie wynagradza bezbarwności reszty materiału. Za dwa/trzy lata przy okazji nowego materiału liczę na więcej inwencji.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.