Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

DEEP PURPLE

Whoosh!

07.08.2020

Ocena:

autor:
Jakub „Bizon” Michalski

blog autora:

https://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/

Gdy w 2013 roku grupa Deep Purple po ośmiu latach przerwy wydawała nową płytę, Now What?!, w zasadzie większość fanów zakładała, że będzie to ostatni album tego legendarnego zespołu. Informacja o tym, że ukaże się następca -- wydany w 2017 roku krążek Infinite -- była lekkim zaskoczeniem, ale w połączeniu z wieściami o ostatniej, bardzo długiej w założeniach pożegnalnej trasie, uprawdopodabniała tezę, że tym razem to już na pewno finał. Mamy rok 2020. Wirus torpeduje światową gospodarkę, branża muzyczna leży i powoli szykuje się na to samo, co stało się udziałem pewnych dużych, żarłocznych zwierzątek 65 milionów lat temu (a propos: w szkole podstawowej uczono mnie, że dinozaury wyginęły 65 milionów lat temu. Dzisiaj wciąż mówi się o takim samym czasie od tamtych wydarzeń -- człowiek od razu czuje się młodszy, bo nic się w tym względzie nie zmieniło), a tymczasem ostatni wciąż funkcjonujący zespół z wielkiej hardrockowej trójki założycielskiej właśnie wydał swój dwudziesty pierwszy album. I teraz to już naprawdę bardzo wiele wskazuje na to, że będzie to ich ostatni krążek, ale nie zamierzam się z nikim o to zakładać. Mam wszystkie studyjne płyty Deep Purple i całkiem sporo koncertówek nagrywanych przez różne składy tej formacji. Nie ma w ich dyskografii płyty, której bym jakoś bardzo nie lubił, choć niewątpliwie nagrali kilka takich, do których w zasadzie nie wracam i gdybym ich nigdy więcej nie usłyszał, moje życie nie stałoby się przez to uboższe. Mam wrażenie, że nowy album plasuje się niebezpiecznie blisko tej właśnie grupy, choć z pewnością jeszcze za wcześnie, by to przesądzać.

Skupię się najpierw na pozytywach Whoosh!. To przede wszystkim brzmienie oraz forma wykonawcza muzyków, choć to oczywistość i w zasadzie w ogóle nie należałoby o tym wspominać. Płyty też po prostu przyjemnie się słucha, co już aż tak wielką oczywistością nie jest. Mam wrażenie, że panowie chcieli nagrywać i że proces ten przebiegał w dobrej atmosferze. Nieco trudniej doszukiwać się oczywistych jasnych punktów wśród konkretnych kompozycji, choć i tu jednak kilka znajdę. Przede wszystkim kapitalny Step by Step, zaczynający się motywem niczym z horrorów dziejących się w jakimś opuszczonym zamczysku, ale także ciekawy w sferze rytmu i ogólnego, dość mrocznego klimatu. Ciekawie brzmi też nietypowy jak na ten zespół, bardzo klimatyczny i momentami niezwykle oszczędny aranżacyjnie The Power of the Moon. Z singli zdecydowanie najbardziej podobało mi się Man Alive i tej opinii nie zmieniam -- to jeden z ciekawszych utworów na płycie, w dodatku poprzedzony przyjemną, dynamiczną miniaturką Remission Possible. Aż może trochę szkoda, że nie pociągnęli tego tematu nieco dłużej. No i oczywiście wspomnieć muszę o And the Address -- utworze, który rozpoczynał pierwszy album Deep Purple. Łącznikiem osobowym jest tu tylko perkusista Ian Paice, ale nowa wersja, choć zbliżona do oryginału, na pewno jest przyjemnym uaktualnieniem, brzmiącym na miarę hardrockowego zespołu w XXI wieku w przeciwieństwie do jednak mocno archaicznych z dzisiejszej perspektywy produkcji i brzmienia pierwszych albumów zespołu. W poszukiwaniu pozytywów wymienię jeszcze fajny motyw instrumentalny z Nothing at All. O ile cały utwór mnie nie porwał, a momentami to dość jednostajne tempo i partie sekcji rytmicznej nawet lekko mnie irytują, o tyle klawiszowo-gitarowy pojedynek rodem z progresywnej sceny Canterbury (albo z barokowych sal balowych), jest ciekawym urozmaiceniem. I jeszcze może kilka fragmentów z cholernie chwytliwego We're All the Same, choć cały utwór na razie mnie nie przekonał. W sumie Throw My Bones, które otwiera płytę, też zaczęło mi się podobać, ale to może być kwestia osłuchania się z tym pierwszym singlem, bo przecież znamy to nagranie od prawie pięciu miesięcy.

Reszta płyty jest. Nie odrzuca mnie, raczej nie ma tu utworów, które wywoływałyby jednoznacznie negatywną reakcję u mnie (choć -- jak wspomniałem -- są fragmenty, które nieco mnie irytują), ale i zachwytów z mojej strony nie będzie. Parę kompozycji -- choć najmocniej słychać to w What the What -- to rzeczy, które z powodzeniem mogłyby się znaleźć na wydanej kilka lat temu płycie Gillana i jego pierwszej grupy The Javelins -- fajne, luzackie, rockandrollowe numery w stylu lat 50. i 60., które jednak brzmią jak milion innych fajnych, luzackich, rockandrollowych numerów z albo w stylu lat 50. czy 60. O ile jakoś szczególnie nie odrzucają, o tyle wartości kompozytorskiej, która podwyższałaby ogólną ocenę albumu, jest w nich niewiele. Takie No Need to Shout samo w sobie też nie jest złe, tyle że znajdowało się już pod innymi tytułami na w zasadzie każdej z ostatnich płyt zespołu. Wielka też szkoda, że And the Address nie zamyka wszystkich wydań płyty. Co prawda Dancing in My Sleep jest oznaczone jako nagranie dodatkowe, ale tak naprawdę jest dostępne na większości wydań. Oczywiście symbolika zawarcia na pewnie mimo wszystko ostatnim albumie grupy nagrania, które otwierało album pierwszy, i tak jest mocna, ale ileż mocniejsza byłaby, gdyby ten album we wszystkich wersjach kończyła!

Niby wszystko się zgadza -- są znakomici muzycy, którzy przecież nie zapomnieli nagle, jak się gra i śpiewa, więc poziom wykonawczy jest bez zastrzeżeń; jest po raz kolejny jeden z najbardziej legendarnych producentów, więc całość brzmi jak należy; jest przyjemna dla oka okładka, a to też ważne, bo po dziś dzień nie wiem, jakim cudem ktoś w zespole wpadł na pomysł tego, co „zdobi" płytę Bananas; jest luz, da się nawet wyczuć szczerą radość z grania. A jednak nie mogę odeprzeć wrażenia, że czegoś tej płycie brakuje i że jest to jednak krążek słabszy od kilku poprzednich. Może to przez to, że większość kompozycji kończy się, nim na dobre się rozkręci. Może dlatego, że nie ma tu jednego czy dwóch fantastycznych numerów, które nieco wyciągnęłyby ocenę całości, jak to miało miejsce w przypadku Now What?! (Above and Beyond, Uncommon Man, a nawet może niezbyt ambitny, ale cholernie chwytliwy Vincent Price) czy Infinite (Birds of Prey i The Surprising). Takie utwory jak Sometimes I Feel Like Screaming czy Rapture of the Deep zyskały status koncertowych klasyków, bardzo lubianych przez fanów grupy. Nie widzę wśród materiału z tej płyty kompozycji, na które fani czekaliby podczas kolejnej trasy koncertowej, choć może właśnie w jej trakcie jakiś nowy koncertowy klasyk w repertuarze Purpli „wykreuje się" naturalnie. Angielski przymiotnik „enjoyable" sprawdza się tu naprawdę nieźle. Bo taka właśnie jest ta płyta -- jej odsłuch dostarcza rozrywki, sprawia przyjemność, ale próżno doszukiwać się tu kompozycyjnego geniuszu i utworów, które moglibyśmy uznać za najlepsze nie tylko w całej historii grupy, ale także w „nowożytnym" okresie, czyli w trakcie już 26 lat ze Steve'em Morse'em na gitarze. To płyta, której Deep Purple nie musi się wstydzić i która pewnie będzie gościła czasem choćby w moim samochodowym odtwarzaczu (pod warunkiem, że w hyundaiu i30 jest odtwarzacz CD, bo właśnie taki bolid zamierzam niedługo kupić), ale nie sądzę, żeby zbyt wiele osób wymieniało ją przy okazji dyskusji o najlepszych albumach Deep Purple od czasu powrotu zespołu w 1984 roku.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.