Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

KATATONIA

City Burials

24.04.2020

Ocena:

autor:
Sławomir Orski

Recenzowanie płyt szwedzkiej Katatonii robi się coraz trudniejsze. Wprawdzie polubiłem ich, gdy tylko porzucili duszny doom metal na rzecz bardziej melodyjnego, progresywnego grania (czyli od trzeciej płyty, Discouraged Ones), nadal o dość depresyjnym wydźwięku, ale potem trochę pobłądzili, a ich ciągłe łagodzenie brzmienia stało się wręcz nieznośne (apogeum tego rozmemłania był Dead End Kings z 2012 roku). Wspomniałem o tym, opisując poprzedni album, Fall of Hearts z 2016 roku, który nie przyniósł zbyt wiele ciekawej muzyki, a samo solidne rzemiosło to trochę mało. Minęły cztery lata -- szmat czasu, wystarczy na napisanie kilku dobrych utworów -- i oto mamy kolejny album City Burials. Zwiastujący go na pierwszym singlu Lacquer sugerował, że dalej będzie delikatnie i piosenkowo. To ładne nagranie, nastrojowe, podszyte elektroniką, ale liczyłem na coś innego. „Coś innego" przyszło wraz z drugim singlem -- Behind the Blood sięga korzeni, jest tu moc, metalowa energia, potężne gitary, i wszystko to ubrane w przebojową melodię. To był już wiele obiecujący zwiastun.

City Burials może nie jest płytą wybitną, bo brak wyrazistości Katatonia ma zapisane w swoim DNA, ale tym razem dostarczyła sporo materiału na niezłym poziomie, i mam tu na myśli stricte metalowe kompozycje, a nie jakieś pseudorockowe smutasy. Ot choćby otwierający wydawnictwo Heart Set to Divide -- zaczyna się niewinnie od ciepłego wokalu Jonasa Renkse, ale potem zaskakuje połamanym rytmem i daje niezły wycisk. Niezły jak na Katatonię, bo oczywiście nadal więcej tu artyzmu niż łojenia. Podobnie jest w pokręconym Rein i singlowym The Winter of Our Passing oraz w dwóch bonusach, które dostajemy tylko w wersji digipack -- walcowatym Closing of the Sky (to w zasadzie ballada, ale z miażdżącym finałem) i rozpędzonym Fighters. Katatonia wróciła do rocka! Jeszcze nie na 100%, ale jednak. Przyznam, że bardzo mi to odpowiada, bo cenię grupę za wczesne albumy z lat 90., a jak szukam łzawych balladek, to mam od tego kilka innych zespołów. Chyba że są tak imponujące jak mroczne Vanishers z gościnnym, pełnym dramaturgii wokalem Anni Bernhard z Full Of Keys. Nie sposób nie docenić klasy tego utworu. To najładniejsza kompozycja na płycie, a i w całej dyskografii trudno znaleźć wiele podobnych.

Wymieniłem więcej niż połowę utworów. Dlaczego więc twierdzę, że trudno ocenić ten album? Bo mimo lepszych melodii i ogólnie rockowego charakteru, jest tu też sporo piosenek bezbarwnych i nijakich. Ta różnorodność burzy spójność materiału i godzinna przygoda z nową Katatonią nieco męczy. Gdyby zamiast 13 nagrań było 8 czy 9, wyszłoby to płycie na zdrowie. Bez bonusów jest 11, ale akurat te dwa dodatkowe utwory są warte grzechu, a odrzuciłbym kilka innych. Ale mamy, ile mamy i jednak nie ulega wątpliwości, że na City Burials jest znacznie lepiej niż na wspomnianym Fall of Hearts, że nie wspomnę kilku jeszcze starszych pozycji. Mówię o samych kompozycjach, bo doskonałe brzmienie nagrań, świetna praca gitarzystów czy dopracowane, depresyjne wokale Jonasa Renkse to w Katatonii „oczywista oczywistość". Szwedzi zrobili krok we właściwym kierunku i wypada jedynie życzyć, by nie zawracali z tej drogi, a jedynie popracowali nad melodiami.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.