Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

WISHBONE ASH

Coat of Arms

28.02.2020

Ocena:

autor:
Jakub „Bizon” Michalski

blog autora:

https://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/

W październiku 2019 roku zespół Wishbone Ash skończył 50 lat. Pod koniec bieżącego roku minie pół wieku od premiery pierwszej płyty tej formacji. Robi wrażenie? Musi! Być może kwartet ten nigdy nie wszedł do rockowej ekstraklasy, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko popularność wśród fanów rocka, ale przecież to właśnie Wishbone Ash, obok Lynyrd Skynyrd i Allmanów, można uznać za pionierów rocka z wykorzystaniem dwóch gitar prowadzących. Przy czym z tej trójki to właśnie WA najodważniej szli w muzykę progresywną, nagrywając zresztą jeden z najgenialniejszych albumów w tym gatunku -- płytę Argus. I choć dla wielu liczą się tylko pierwsze cztery albumy, nagrane przez oryginalny skład Turner-Powell-Turner-Upton, grupa wciąż wydaje nową muzykę w swoich kolejnych wcieleniach. Od lat ostatnim łącznikiem z tym oryginalnym Wishbone Ash jest gitarzysta i wokalista Andy Powell. Jego obecni pomocnicy dołączali do zespołu co dziesięć lat -- basista Bob Skeat w 1997, perkusista Joe Crabtree w 2007, a drugi gitarzysta Mark Abrahams w 2017 roku. Dla tego ostatniego Coat of Arms -- 23. płyta studyjna Wishbone Ash -- to debiut studyjny w szeregach formacji. I trzeba przyznać, że tego wydawnictwa nikt wstydzić się nie musi.

Na pierwszy singiel wybrano otwierające płytę nagranie We Stand As One i chyba był to wybór całkiem niezły, bo to absolutnie jeden z najbardziej chwytliwych numerów w zestawie, a przy tym brzmiący tak, że fani starego, klasycznego Wishbone Ash z pewnością nie doznają wielkiego szoku. To udane wprowadzenie do tego albumu. W sumie na nowej płycie formacji znajdziemy 11 kompozycji i na pewno nie wszystkie się wyróżniają czy natychmiast wpadają w ucho. Ale o kilku z nich z pewnością warto wspomnieć. Kompozycja tytułowa to najdłuższy utwór na płycie, klasyczny numer Wishbone Ash z brzmieniem nie do pomylenia z jakimkolwiek innym zespołem, choć to przecież zaledwie ¼ oryginalnego składu, który odpowiadał za największe klasyki w dorobku grupy. Empty Man ma niemal folkową lekkość i taneczność, zaś w Drive zespół gra tak klasycznie rockowo, że bardziej się nie da. Mamy też trochę fragmentów mniej dynamicznych i intensywnych, jak choćby Consider Me z niezwykle spokojnym, wysmakowanym początkiem, w którym pojawia się melodia niczym z kilkusetletniego, dostojnego tańca prezentowanego na dawnych dworach wśród wyższych sfer. Muszę też wspomnieć o drugiej ze zdecydowanie najdłuższych kompozycji na krążku, It's Only You I See. Dobrze, że jest tu też coś takiego, w zupełnie innym stylu, klimatycznego, spokojnego, subtelnego. Kiedy wchodzi gitarowy przerywnik, wiadomo już, że to muszą być oni. I potwierdza się po raz kolejny, że ten zespół najlepiej sprawdza się właśnie w długich numerach, bo to dwa najdłuższe kawałki na albumie są moimi ulubionymi. I zaczynam żałować, że ta płyta nie składa się po prostu wyłącznie z 6-7 tego typu kompozycji o podobnej długości, rozwijających się tak udanie jak te dwie.

Coat of Arms to płyta, która nie pozostawia żadnych wątpliwości, kto ją nagrał. Z zespołami o takim stażu często jest tak, że nagrywają w kolejnych składach nowe płyty, które nierzadko są świetne, ale zazwyczaj nie brzmią jak te najbardziej znane krążki tych zespołów. Tu dobrym przykładem jest Uriah Heep, które przeżywa trzecią albo czwartą młodość, ale bądźmy szczerzy -- ich nowe albumy to jest muzycznie jednak nieco inna bajka niż płyty nagrane z Byronem i z pewnością nie dałoby rady wziąć ich ostatnich krążków za coś nagranego w latach 70. Tu przynajmniej w przypadku kilku kompozycji spokojnie moglibyśmy pomylić się i założyć, że są to utwory z płyty Wishbone Ash właśnie ze wspomnianej dekady. I wcale nie jest to zarzut pod adresem grupy. Tu nie ma eksperymentów, ale wcale ich nie oczekiwałem. Ten zespół eksperymentował w swojej przeszłości sporo razy i czasami nie wychodziło to zbyt dobrze. Pewnie niektórzy fani do dziś wzdrygają się na myśl o płytach z muzyką elektroniczną. Największym minusem tej płyty jest dla mnie jej długość. Wiem, że zespół dawno nie wydawał nowej muzyki, ale mam wrażenie, że stare dobre trzy kwadranse w zupełności by wystarczyły. To nie znaczy, że są tu jakieś ewidentne wpadki, ale myślę, że bez takich utworów jak Floreana, Personal Halloween czy When the Love Is Shared (niezłe, ale chyba nie wykorzystuje potencjału na coś jeszcze lepszego) spokojnie byśmy przeżyli. Poważniejszych zarzutów jednak brak.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.