Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

COOGANS BLUFF

Metronopolis

24.01.2020

Ocena:

autor:
Jakub „Bizon” Michalski

blog autora:

https://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/

Coogans Bluff to niemiecka formacja, która powstała na początku XXI wieku, ale na dobre zaczęła rozkręcać się mniej więcej dziesięć lat temu. Wtedy stopniowo zespół zaczął przerzucać się z wydawania Ep-ek na wypuszczanie pełnych albumów. Wtedy też rozwinął swoje brzmienie, odpuszczając nieco popularne w obecnych czasach połączenie mocnego stonera i psychodelii, a także pojawiające się czasami naleciałości punkrockowe, na rzecz mieszanki nieco lżejszej, bardziej melodyjnej, ale przede wszystkim dużo ciekawszej ze względu na coraz odważniejsze wykorzystanie trąbki i saksofonu oraz instrumentów klawiszowych. W tym kierunku grupa podąża już od kilku lat, nie inaczej jest na szóstym albumie, który ukazał się w styczniu tego rok -- Metronopolis.

Od wydania poprzedniego albumu grupy -- płyty Flying to the Stars -- minęły cztery lata. To znacznie dłuższy okres niż przerwy między wcześniejszymi wydawnictwami zespołu, ale słychać, że panowie nie wypadli z wprawy i nie opieprzali się w międzyczasie. Metronopolis wypełnia osiem kompozycji o łącznym czasie trwania około 40 minut, przy czym są to numery o dość zróżnicowanej długości, bo zespół nie stroni ani od szybkich, stusekundowych strzałów, w których nie ma miejsca na uprzejmości, ani od rzeczy dużo bardziej rozbudowanych, przekraczających siedem minut, rozkręcających się nieco wolniej i przybierających różne postacie w miarę rozwoju sytuacji. Zespół łączy tu bardzo sprawnie elementy psychodelii, klasycznego rockowego grania, odrobiny progresji czy nawet jazz-rocka. Tym, co niewątpliwie wyróżnia Coogans Bluff na tle bardzo silnej europejskiej stawki poruszającej się w zbliżonych klimatach, jest wykorzystanie już wspomnianych instrumentów dętych i to nie tylko w charakterze wypełnienia tła, ale instrumentów wiodących.

Zaczynają mocno i od pierwszych sekund nie zamierzają się obijac. Gadfly startuje z przytupem i na sporej energii, kapitalnie łącząc rockową werwę z szaleństwami dęciaków. Co ciekawe, po tak mocnym początku, następuje szybka zmiana muzycznego kierunku, bo w Sincerely Yours mamy klimat niemal southernrockowy. To spokojnie mógłby być numer z jednej z pierwszych płyt Lynyrd Skynyrd. Zephyr -- trzecia kompozycja na płycie -- zaczyna się z kolei motywem kierującym myśli słuchaczy raczej w okolice jazzowe, a po chwili jazz-rockowe, gdy do tego skocznego, chwytliwego motywu, dochodzi solidne, gęste łupnięcie. Zephyr to jeden z tych najdłuższych numerów na płycie, nic więc dziwnego, że jest także jedną z najbardziej złożonych i wielowymiarowych kompozycji. Spokojniejszy, nieco senny fragment, który następuje po wspomnianej chwili jazz-rockowego szaleństwa, to jeden z moich ulubionych motywów na tej płycie. Zresztą cały utwór po kilkunastu odsłuchach zdecydowania wyrasta na mojego faworyta.

No dobrze, jednego z dwóch, bo jest jeszcze drugi z siedmiominutowców -- Soft Focus. Tu grupa wchodzi od razu na wysokie obroty, doprawia ten klimatyczny, nieco doorsowy momentami numer kapitalnymi organami oraz klawiszowym kosmosem, zdecydowanie najbardziej na tej płycie odpływając w rejony psychodeliczne. No i ta długa solówka na mocno przesterowanej gitarze! Coś pięknego. Wcześniej mamy jeszcze luzackie, słoneczne, takie trochę kalifornijskie w klimacie granie w Hit and Run oraz Creatures of the Light, w którym zespół flirtuje momentami z klimatami, których nie powstydziłoby się Blood, Sweat & Tears. Na koniec albumu formacja serwuje dwuczęściową kompozycję The Turn. Jej pierwsza część to coś na kształt lekko psychodelicznego, mrocznego westernu, druga zaś ewidentnie robi za podniosły finał płyty, rozkręcając się stopniowo po oszczędnym początku, aż do bardzo przyjemnej, choć niezbyt wyszukanej muzycznie kulminacji.

Przyznam, że ten nowy rok rozpoczął się z mojej perspektywy dość ospale, jeśli chodzi o nowe wydawnictwa muzyczne. Przesłuchałem już kilkanaście tegorocznych albumów, ale bardzo niewielki procent z nich spodobał mi się na tyle, bym mógł z pełnym przekonaniem stwierdzić, że będzie to coś, co wejdzie do mojej szerokiej czołówki 2020 roku, gdy będę robił takie podsumowanie pod koniec grudnia. Ale Metronopolis to właśnie pierwszy album, który może być pewny miejsca na tej jakże prestiżowej liście. Niby zespół nie zaskakuje nas tu niczym, czego nie usłyszelibyśmy na jego poprzednich płytach, ale całości słucha się tak znakomicie, że na pewno będę wracał do tej płyty. Właściwie brak tu powtórek -- każda kompozycja prezentuje inny odcień twórczości kwintetu, a przy tym całość nie sprawia wrażenia chaotycznego czy niespójnego. Swoje robi też znakomita okładka płyty, która na pewno zwraca uwagę, gdy przegląda się wszelkie spisy nowych wydawnictw w poszukiwaniu czegoś do odsłuchu. Polecam ten album wszystkim fanom dobrego, świetnie zaaranżowanego i przemyślanego, ale jednocześnie melodyjnego... rocka. No bo przecież w gruncie rzeczy to właśnie rock spaja to wszystko, co na tej płycie znajdziemy, choć muzycznych klimatów jest tu znacznie więcej.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.