logo
matecznik dźwięków niebanalnych
 
 

Michael Schenker z pewnością nie należy do tych muzyków, którzy odcinają się od przeszłości i nie chcą rozmawiać na pewne tematy. Głównym powodem naszego grudniowego spotkania była oczywiście płyta Resurrection, która ukaże się pod szyldem Michael Schenker Fest już 2 marca. Gitarzysta, któremu nadano niegdyś uroczy przydomek Blonde Bomber, zaprosił do współpracy muzyków i wokalistów, którzy pojawiali się na jego płytach przez niemal 40 ostatnich lat. Była to zatem okazja nie tylko do porozmawiania o nowej muzyce, ale także do wspominek. A wspominać Schenker niewątpliwie ma co – w końcu był członkiem Scorpions i UFO, dwóch niezwykle popularnych grup rockowych. Choć nie wiem czy słowo „rozmowa” jest tu najtrafniejsze. Michael w zasadzie nie potrzebuje pytań. Wystarczy „rzucić” krótkie hasło, a rozgaduje się tak, że momentami można mieć wątpliwości, czy samo pytanie miało w ogóle jakiekolwiek znaczenie. Ale rozmówcy, z których nie trzeba wyduszać siłą każdego zdania, to niewątpliwie marzenie każdej osoby przeprowadzającej wywiad, więc z radością pozwoliłem Schenkerowi odpływać w dowolnie wybrane przez niego rejony.

JBM: Jest jeszcze dzisiaj ktoś po mnie?

MS: Wydaje mi się, że jesteś przedostatni.

JBM: Ile godzin już tu siedzisz?

MS: W sumie jakieś 12 wywiadów, ale to tylko niewielka część z około trzystu w ostatnich dniach.

JBM: Poważnie? Trzysta wywiadów?

MS: No tak. Kilkanaście dni, każdy w innym mieście.

JBM: Czyli należysz do tej grupy muzyków, którzy lubią opowiadać o swojej twórczości?

MS: Tak, bo mówię od serca, nie ściemniam. W mojej głowie powstaje pewien film, który ciągle odtwarzam. Wywiady są niezwykle istotne, bo przez te wszystkie lata ludzie opowiadali wiele bzdur na mój temat, więc teraz wy możecie sami to wszystko sprawdzić i stwierdzić, co jest ściemą. Uwielbiam to robić także dlatego, że na jakiś czas wypadłem z obiegu, więc mam teraz mnóstwo rzeczy do powiedzenia [śmiech].

JBM: Wspomniałeś o tych bzdurach, które pojawiają się na temat różnych muzyków w internecie. Kiedy szuka się informacji o Tobie, łatwo natknąć się na opinie, że nie jesteś najłatwiejszy we współpracy. Ale na nowej płycie mamy prawdziwą konstelację gwiazd. Pracowałeś już z nimi wszystkimi wcześniej, z niektórymi bardzo dawno temu, na początku lat 80. Skoro tak trudno z Tobą wytrzymać, to jakim cudem oni wracają?

MS: [śmiech] To bardzo mądre pytanie. Ludzie zmyślają różne rzeczy. Chcą robić zamieszanie. Prawda jest taka, że gdy miałem 23 lata, zasmakowałem wielkiej sławy i sukcesu. Musiałem podjąć decyzję, czy chcę przy tym zostać, czy może wolę poeksperymentować i skupić się na moim życiu. Od 17 roku życia w zasadzie nie słucham muzyki i nikogo nie kopiuję. Założyłem Michael Schenker Group i był to krok we właściwym kierunku. Mogłem wymyślać wszystko od początku do końca. Pierwszy etap mojego życia poświęciłem na rozwój – to okres aż do płyty Strangers in the Night. Potem pomogłem Scorpionsom skończyć płytę i przyczyniłem się do otwarcia przed nimi drzwi w Stanach. Następnie powiedziałem: „No to pa. Teraz muszę skupić się na czymś innym”. Wiem, czego chcę. Moją prawdziwą pasją jest gitara jako środek do najpełniejszego wyrażania samego siebie. Dlatego nie słucham cudzej muzyki i robię wszystko, by cudza twórczość na mnie nie wpływała. W „środkowym okresie” mojego życia wszedłem na kolejny poziom – eksperymentowałem i uczyłem się życia. Nie interesowała mnie komercja, więc szukałem nieznanego wokalisty, z którym łatwiej byłoby przeprowadzać moje muzyczne eksperymenty. I to też jest powód tego, że często zmieniałem składy. Robiłem sobie przerwę, ale moi muzycy mówili: „Musimy zarabiać”. Zaczynali współpracę z kimś innym. Nigdy nie miałem z tym problemu. To powód tak częstych zmian w składzie mojej grupy. Przy okazji każdej kolejnej płyty musiałem od nowa zbierać skład, chyba że ktoś z poprzedniego składu był akurat dostępny.

JBM: Od bardzo wielu lat jesteś w zasadzie artystą solowym. Oczywiście grasz w zespole, ale to Twój zespół – jesteś w nim szefem. Masz jeszcze w sobie potrzebę grania w prawdziwym zespole, w którym każdy miałby tyle samo do powiedzenia?

MS: Wiem, czego chcę. Mam pewien pomysł – wizję. Nie jestem dyktatorem, wierzę w demokrację. Ale jeśli chcesz stworzyć dzieło sztuki z kawałka drewna, nie pozwalasz wszystkim dookoła przy nim grzebać. Sam wcielasz tę wizję w życie. Podobnie jest ze mną. Pierwszy etap mojego życia poświęciłem na rozwój. Potem pożegnałem się ze sławą i zająłem się wszystkim tym, na co akurat miałem ochotę – akustyczne i elektryczne utwory instrumentalne, ciężkie granie itd. Robiłem wszystko. Teraz jestem w trzecim etapie. W 2008 roku nagle zapragnąłem być na scenie. Przez całe życie miałem potworną tremę, a nagle poczułem, że chcę występować. Dla mnie był to znak, żeby wrócić na dobre, co udało się bardzo szybko. Grupa Temple of Rock była naturalnym krokiem. Teraz mamy Michael Schenker Fest. Z Doogiem [White’em] w składzie wciąż graliśmy moje najpopularniejsze rzeczy – na przykład utwory, które nagrywałem z Grahamem Bonnetem. Doszliśmy do punktu, w którym uznałem, że czas na chwilę wstrzymać projekt Temple of Rock, bo robiliśmy to już od pięciu lat. Dajmy naszym fanom za nami zatęsknić. Teraz jest czas na świętowanie. Jestem inną osobą. Zaczynałem jako nieśmiały, wrażliwy, mało stabilny młody człowiek, teraz jestem zupełnie inny. Chcę świętować tę zmianę. Zamiast grać z jednym zespołem przez 40 czy 50 lat, wkładałem całą swoją energię w różne projekty. Teraz uznałem, że zamiast rozpraszać tę energię na różne projekty, mogę skupić ją w jednym miejscu. Mogę mieć przy sobie wszystkich tych wokalistów, z którymi współpracowałem. Taka sytuacja jest dobra nie tylko dla mnie, ale także dla publiczności, bo nikt nie spodziewał się, że coś takiego będzie możliwe. Obecność tych wszystkich wokalistów na scenie musi robić wrażenie. Na mnie robi. Zespół też świetnie się bawi. To także gratka dla nowych fanów, którzy mogli tylko słuchać wspomnień o dawnych czasach, ale sami nie mieli nigdy okazji zobaczyć tych składów na własne oczy. Mają szansę doświadczyć choćby cząstki tego klimatu. Jestem teraz w świetnym miejscu. Praca nad nową płytą była kapitalna, zupełnie inna niż przy okazji regularnych albumów. Nie wiedzieliśmy, co się wydarzy. Obserwowaliśmy cały ten proces – to, jak krok po kroku wszystko nabierało kształtu. Gdy pisałem te numery, nie wiedziałem kto będzie śpiewał w którym z nich. Żartowałem z Michaelem Vossem, że powinniśmy wysłać każdemu wokaliście wszystkie te nowe utwory i zobaczyć, kto co wybierze i czy będą jakieś kłótnie. Nie było nawet planu, żeby każdy z nich zaśpiewał w trzech numerach. Chciałem jedynie, żeby na płycie znalazły się ze dwa albo trzy kawałki, w których zaśpiewają wszyscy. Gdy stworzyłem drugi utwór, Michael Voss napisał tekst i stworzył melodie wokali w jedną noc. Ten utwór to Warrior. Idealnie nadawał się do tego, żeby zaśpiewali go wszyscy wokaliści. To była nasza pierwsza ukończona kompozycja. Wytwórnia Nuclear Blast miała zatem mnóstwo czasu, żeby wypuścić singiel i zająć się promocją całości. To wszystko mogło się wydarzyć dlatego, że wypuściliśmy świetne DVD. Ludzie mogli przekonać się o potencjale całego tego przedsięwzięcia, zamiast oglądać w internecie filmiki kręcone iPhone’ami. Dzięki temu wydawnictwu dostaliśmy ofertę z Nuclear Blast i uznaliśmy, że to najlepsze wyjście. To uznana firma ze świetną reputacją, w dodatku niemiecka. Na początku nie byłem zbyt chętny na współpracę z nimi. Chciałem zostać u mniejszego wydawcy, który wypuszczał moje płyty. Było mi tam dobrze. Ale potem pomyślałem, że może jednak powinienem to przemyśleć. Uznałem, że jestem teraz inną osobą, to zupełnie inny czas, inny etap mojego życia. Michael Schenker Fest to o wiele większe przedsięwzięcie. Musi za nim stać duża firma. Być może to, co najlepsze w moim życiu, dopiero nadchodzi.

JBM: Nie ma sensu zapraszać tych wszystkich znanych muzyków do współpracy, a potem wydać album w firmie, która nie będzie w stanie odpowiednio go promować czy dystrybuować. Nuclear Blast to świetny wybór.

MS: Dokładnie. Zabawne jest też to, że w tym samym czasie, gdy podpisywałem z nimi umowę, odbierałem nagrodę dla najlepszego gitarzysty, a oni na tej samej gali dostali statuetkę dla najlepszego wydawcy. Świetnie się złożyło [śmiech].

JBM: Wspomniałeś już, że wokaliści nie musieli bić się o utwory. Zastanawiam się, czy myślałeś o konkretnym wokaliście w trakcie pisania danej kompozycji, czy raczej uznałeś, ze najpierw napiszesz nowe numery, a potem się zobaczy, który z nich do kogo pasuje?

MS: Z każdym wokalistą pracuję w ten sam sposób – bez względu na to, czy jest to Klaus Meine, Phil Mogg czy Gary Barden. Najpierw jest muzyka. Muzyka musi sama w sobie być wartościowa. Potem wokalista umieszcza wisienkę na torcie, ale sama muzyka musi mieć wartość. Jeśli wokaliście nie uda się napisać tekstu, to mam utwór instrumentalny [śmiech]. Jeśli muzyka sama w sobie jest słaba i trzeba ją ratować głosem, nie ma to sensu. Musi mieć moc.

JBM: Najpierw zobaczyłem tytuł nowej płyty – Resurrection [Zmartwychwstanie] – potem okładkę. Oczywiste nawiązanie do ostatniej wieczerzy. Potem dostałem spis utworów i dostrzegłem kompozycję zatytułowaną The Last Supper [Ostatnia wieczerza], więc wszystko zaczęło składać się w całość. Jest w tym jakaś głębsza myśl czy to po prostu zabawa konwencją?

MS: Na początku płyta miała nosić tytuł Michael Schenker FEST in the Studio. Fajny pomysł. Reżyserka, stół, na nim mnóstwo jedzenia, wina i piwa. Wszystko, czego trzeba, żeby poimprezować. Taki był początek. A potem Doogie zaczął śpiewać „Take me to the church” [Zabierz mnie do kościoła] [śmiech]. Doogie, o co chodzi? Potem zobaczyłem pierwsze szkice okładki, która zaczęła wyglądać jak Ostatnia Wieczerza, a Michael Voss napisał tekst do mojego utworu i zatytułował go The Last Supper. Wciąż jeszcze używałem tytułu Michael Schenker Fest in the Studio, ale te wszystkie sygnały dookoła dały mi do myślenia. Różni artyści, z którymi pracuję, zmierzają w tym samym kierunku. Może da radę jakoś to wszystko połączyć. Spojrzałem na moją karierę, na lata 1992-2005. Właściwie nie było mnie wtedy. To „stracone lata Michaela Schenkera”. Wiele osób myślało, że przepadłem. A potem zacząłem kolejny etap życia, prawdziwe zmartwychwstanie. Moi dawni współpracownicy wrócili, choć nikt nie wierzył, że to się uda. To był szok dla wielu osób. Resurrection to zatem odpowiedni tytuł. Nie miałem jeszcze tytułu dla jednego z utworów instrumentalnych, więc nazwałem go Salvation [Zbawienie], żeby nawiązać do całej reszty.

JBM: Nagranie spójnej płyty przy tak wielu osobach w zespole jest trudniejsze? Jeśli masz czterech muzyków w grupie, to ze spójnością materiału nie powinno być problemu, ale jeśli na albumie pojawia się dziesięć czy nawet kilkanaście osób, to chyba nie jest to już takie oczywiste. Naturalnie to ty jesteś kompozytorem, ale każdy z wokalistów pisał teksty i pewnie miał spory udział w tworzeniu linii wokalu.

MS: Zawsze zostawiam tekst wokalistom. Chcę, żeby czuli to, co śpiewają. To także sprawia, że całość jest bardziej interesująca, bo każdy z nich jest inny. Mamy tu cztery osobowości, każda z nich z innymi poglądami na wiele spraw w życiu. Nigdy nie wiadomo czy na koniec prac wszystko to będzie miało sens, ale każdy z tych utworów zaczyna żyć własnym życiem i trzeba umieć to wykorzystać. Świat zewnętrzny jest nieprzewidywalny. Można oczywiście nakreślić jakiś plan i starać się trzymać tego planu jak najściślej, ale nie można upierać się przy nim za wszelką cenę, bo ten świat zewnętrzny zawsze też ma wpływ na kierunek, w którym to wszystko zmierza. Życie jest jak taniec – czasem trzeba umieć wyjść poza swój skrawek parkietu. Jeśli chciałeś atmosfery imprezy na płycie, a nagle ktoś zaczyna śpiewać „zabierz mnie to kościoła”, a okładka zaczyna wyglądać jak scena z Ostatniej Wieczerzy, to zaczynasz się zastanawiać: może to jakiś znak? Wszechświat kieruje mnie w konkretną stronę.

JBM: Czy wciąż czujesz potrzebę komponowania i nagrywania utworów, które trafią do stacji radiowych?

MS: Nigdy nie chciałem być sławny. Nie miałem potrzeby robienia czegokolwiek pod kątem komercji. Pragnąłem po prostu robić to, co kocham, dlatego opuściłem Niemcy. Tam rządziło disco. Zawsze powtarzałem Scorpionsom, że jeśli trafi się jakiś zespół z Anglii, który będzie mnie chciał, to wyjadę. Nie miało znaczenia, kto to będzie. Chciałem mieszkać w Anglii, bo tam bycie muzykiem było traktowane jako zawód. Wiedziałem, że zrozumieją to, co chcę robić. W Niemczech nie było na to szans. Gdybym chciał być sławny i bogaty, to robiłbym coś, co by mi to zapewniło, ale nie o to chodzi. Fascynowała mnie potęga dźwięku tworzonego za pomocą struny. Gdy miałem 14 lat, pojawił się przester – mówię o Black Sabbath i tego typu brzmieniach. Wtedy zdałem sobie sprawę, że gitara jest najlepszym medium do wyrażania siebie. Można dzięki niej zrobić wszystko. Na tym się skupiam. Muzyka metalowa jest płachtą, którą zamalowuje za pomocą mojej gitary. Po eksperymentach w drugim etapie mojego życia, mogę teraz wrócić do tego, co pokochałem na samym początku – połączenia świetnego głosu ze świetnym brzmieniem gitary: Rod Stewart i Jeff Beck, Robert Plant i Jimmy Page. Uwielbiam to. Grać trzeba z niezwykłym wyczuciem. Nie za dużo, nie za mało. Tak, żeby pozostawić ślad. Potem wokalista przejmuje stery, następnie gitarzysta zabiera słuchacza w podróż, a potem znowu wokalista rozwija temat.

JBM: Skoro już mowa o komercyjnym brzmieniu i stacjach radiowych – wielu muzyków nie chce wspominać lat 80., bo wstydzą się tego, co wtedy robili.

MS: Wcale się nie dziwię [śmiech].

B: Jakie są Twoje wspomnienia związane z tamtą dekadą?

MS: Nie miałem wiele wspólnego z głównym nurtem [śmiech]. Mój wkład w muzykę miał miejsce przede wszystkim w latach 70. Potem lata 80. korzystały z tego, co robiłem w poprzedniej dekadzie. Mam swój udział w każdej podwójnie czy potrójnie platynowej płycie wiszącej na ścianie, mimo że na żadnej z nich nie grałem. [śmiech]

JBM: Pamiętam, że pierwszym Twoim utworem, który usłyszałem, wcale nie był któryś z kawałków Scorpionsów czy UFO, ale Time z jednej z płyt McAuley Schenker Group. Znalazłem ten numer na jakiejś kasecie typu Metal Hammer Ballads. Przez długi czas twoje nazwisko utożsamiałem właśnie z takim przyjaznym dla radia rockowym graniem, a to zupełnie inne brzmienie niż to, co robisz teraz.

MS: O tak, zdecydowanie. Zaprosiłem Robina McAuleya do współpracy, bo chciałem doświadczyć prawdziwego muzycznego partnerstwa. Dlatego też dostał M w nazwie MSG. „Masz nazwisko na M, dzięki temu możemy zachować skrót i logo!” [śmiech] Mieliśmy nowy zespół, nowych tekściarzy i kompozytorów, nowy management. W tamtym okresie nie miałem aż tak wielkiego wpływu na to wszystko. Wciąż byłem głównym gitarzystą w zespole, ale nie zajmowałem się wszystkim. Po prostu wyszło trochę inaczej niż wcześniej. Zawsze, gdy współpracuję z nowym wokalistą, całość brzmi nieco inaczej.

JBM: Tamto brzmienie różniło się też znacznie od tego, co robiłeś wcześniej. UFO miało ogromny potencjał komercyjny, ale nie sądzę, żeby udało się ten potencjał wykorzystać w 100%. Ten zespół z Tobą w składzie miał szansę być na absolutnym szczycie.

MS: I tak by pewnie było. Ale mój rozwój dobiegł końca i nie byłem zainteresowany pogonią za sławą. Nie chciałem brać udziału w żadnym wyścigu szczurów. Nie miało to dla mnie sensu, nie widziałem w tym celu. Miałem własne pomysły na siebie, inne pomysły. Wiele osób sądzi, że to wszystko daje im szczęście. Jestem wdzięczny, że mogłem tego zasmakować, ale wcale tego nie potrzebuję. To powinien być dla wielu osób znak – może wcale nie potrzebują sławy do szczęścia. Ludzie na szczycie często wcale nie są szczęśliwi. Niszczą samych siebie. Chorują, marnotrawią pieniądze na bzdury. To bardzo cenna lekcja. Gdy jesteś na szczycie i dopełnisz dzieła samozniszczenia, przynajmniej wiesz już, jak tam było – wiesz, że zupełnie inaczej sobie to wyobrażałeś. Sława nie była mi do niczego potrzebna, bo nigdy nie skupiałem się na luksusie. Współzawodnictwo mnie nie interesuje. Żyj i pozwól żyć. Ja robię swoje, ty rób swoje. Miej jakąś wizję, realizuj ją, baw się dobrze.

JBM: Chciałbym jeszcze na koniec zahaczyć o UFO. Mam wrażenie, że Twoja relacja z tym zespołem to w pewnym sensie połączenie miłości i nienawiści. Wracałeś do UFO trzy razy, ale za każdym z nich wytrzymywałeś około dwa lata.

MS: W 1993 przyszedł do mnie ze swoim menedżerem Phil Mogg. Był kompletnie załamany. Błagał mnie, żebym pomógł mu odbudować markę UFO. Zniszczył wszystko. Pomogłem im się wybić, a po moim odejściu on wszystko zniszczył. Stracił całą kasę, którą zarobił na naszym sukcesie. Powiedziałem, że mu pomogę, ale muszę mieć 50% praw do nazwy, żeby mieć pewność, że znowu nie zawali. Tak też się stało. Postawiłem pewne warunki: sprzedajemy płytę w trasie i sprowadzamy producenta Rona Nevisona oraz stary skład. Opowiem ci coś. Pewnego dnia, pod koniec McAuley Schenker Group, jechałem limuzyną. Kierowca spytał mnie: „Zdajesz sobie sprawę, że cię oszukują?”. Odpowiedziałem mu: „No cóż, w zasadzie to tak, ale mam wszystko, czego mi trzeba”. Ale potem zacząłem się nad tym zastanawiać i doszedłem do wniosku, że dość tego. Dlaczego otaczam się ludźmi, którzy na mnie żerują? Żeby móc sobie pozwolić na wszystko, czego potrzebuję, muszę sprzedać zaledwie kilka płyt dziennie, bez konieczności spowiadania się komukolwiek z czegokolwiek. Będzie dobrze. Postanowiłem wydać album z akustycznymi utworami instrumentalnymi – w ramach podziękowania dla fanów. Gdy nagrałem płytę, wziąłem dwie gitary i ruszyłem w drogę publicznym transportem w Stanach. Jeździłem tamtejszymi autobusami od miasta do miasta, pukałem do drzwi każdej rozgłośni radiowej: „Cześć, jestem Michael Schenker, chcecie zrobić ze mną wywiad? Tu i teraz, bez umawiania się. Mam tu swoją płytę, możemy o niej pogadać”. Zrobiłem w ten sposób 15 tysięcy kilometrów: z Arizony do Los Angeles, San Diego, Seattle, potem do Denver, Dallas, następnie Nowy Jork, Boston, Cleveland, Corpus Christi, na południe do Key West, potem Tampa, Luizjana, a potem coś się wydarzyło i musiałem wracać. Do domu dotarłem jako bogaty człowiek. Mogłem sobie pozwolić na trzy domu, ziemię na Hawajach, zbudowałem własne studio nagraniowe. Gdy zacząłem robić wszystko sam, cała kasa zaczęła płynąć tylko do mnie [śmiech]. Chciałem, żeby w UFO było podobnie, bo wiedziałem, że ich też oszukiwano. Pojechaliśmy w trasę i wszyscy byli zadowoleni, płyta była świetna. Nawet po 17 latach przerwy wciąż brzmieliśmy bardzo dobrze, ale potem Phil znowu chciał wszystkim rządzić i zaczął łamać naszą umowę. Powiedziałem mu, że to nie w porządku. Kilka lat później wytwórnia Shrapnel Records złożyła grupie propozycję. Mówiłem: „To nie jest dobry pomysł. To ma sens tylko ze starym składem. Jeśli zmieni się część muzyków i producenta, zmienia się cały klimat”. Miałem w tym czasie propozycję świetnej umowy z wydawcą japońskim na płytę MSG. Wtedy znowu pojawił się Phil. Powiedziałem im – jeśli zaproponujecie mi te same warunki dla UFO, podpiszemy dwie umowy. Tak się właśnie stało. Rok później wypuściłem płytę Written in the Sand, to był 1996 rok. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz z UFO, ale zignorowali to, co mówiłem o wytwórni, Ronie Nevisonie i oryginalnym składzie. Nagraliśmy album z innymi muzykami i nie było chemii. Powstały płyty Covenant i Sharks. Potem Pete Way zaczął wydziwiać. Powiedziałem, że mam dość. Zadzwonił Phil: „Hej, Michael. Muszę pracować, potrzebuję praw do nazwy UFO”. Odpowiedziałem: „Phil, możesz wziąć ją sobie za darmo, część”. I tyle.

Z Michaelem Schenkerem rozmawiał Jakub "Bizon" Michalski.

więcej >

Arkadiusz Meller: Na początku chciałbym Wam pogratulować: wasza debiutancka płyta znajduje się wśród pięciu najlepiej sprzedających się płyt w Polsce, a w tym tygodniu od Drezna zaczynacie, wspólnie z Riverside, trasę europejską. Chciałoby się powiedzieć, że historia zatoczyła koło, gdyż doskonale pamiętam Wasze koncerty u boku Riverside w ramach trasy „New Generation Tour”, ale wtedy występowaliście pod inną nazwą… Jak długą drogę przeszliście grając w Maqama do chwili obecnej?
Kamil Haidar: Serdeczne dzięki! Sami jesteśmy tym trochę zaskoczeni, ale cieszymy się, że tak się to wszystko układa. To prawda - historia zatoczyła piękne koło, chociaż nie do końca, bo uważam, że mimo iż z nowym zespołem, nową koncepcją muzyczną to kontynuujemy naszą drogę muzyczną, wykorzystujemy wcześniej zdobyte doświadczenie. Tak naprawdę to tamta trasa pchnęła nas w kierunku Lion Shepherd. Odpowiedziałem sobie na pytanie do czego dążę, czego oczekuję od siebie jako artysty oraz od innych. I tak wkroczyliśmy z Mateuszem w nowe rejony, które w Maqamie przestały się mieścić. Poza tym chciałem zostawić bagaż tamtego zespołu, ludzi którzy się przez niego przewinęli, a nie pozostawili po sobie fajnych wspomnień. Chciałem być uczciwy wobec słuchaczy, nie uśmiechało mi się serwowanie im kolejnego zespołu z ciągle wymienianymi muzykami. To nie jest moja definicja zespołu, z którym można się identyfikować. Tak więc jesteśmy tu i teraz jako Lion Shepherd i to dopiero początek!

Co oznacza tytuł płyty „HIRAETH”, bo nie jest to termin powszechnie znany.
To walijskie słowo oznacza tyle co nostalgia, tęsknota za tym co minęło. Nadszedł w pewnym momencie w moim życiu czas na podsumowanie. Takie okresowe nie jakiś ostateczne. Dużo na tej płycie jest wątku przemijania, postrzegania siebie jako indywidualności w zunifikowanym świecie, dużo nostalgii. Na „Hiraeth” wpadłem zanim zaczęliśmy pracę nad płytą, ale akurat w momencie kiedy zacząłem pisać teksty. Świetnie się złożyło.

Na debiucie udało Wam się zachować balans między rockiem progresywnym a world music. Czy był to świadomy zabieg czy był to wynik Waszych inspiracji muzycznych?
Myślę, że z jednej strony to świadomy balans, ale z drugiej to obraz tego czym się pasjonujemy. A z Mateuszem świetnie się uzupełniamy, bo bardzo często są to kompletnie odległe rzeczy. Ale wzajemny szacunek i tolerancja oraz przede wszystkim „otwarta głowa” pozawalają na robienie takich mikstur jak „Hiraeth”. Nie dywagowaliśmy nad żadnym utworem na etapie szkicu. Po prostu je graliśmy, dopracowywaliśmy. Pamiętam jak przyszedł mi do głowy kaprys pt. „zróbmy cover Madonny, ale po naszemu”. I go nagraliśmy sobie dla zabawy, w bardzo orientalnej, mrocznej wersji. Nie ujrzał światła dziennego. Ale bawiliśmy się przy tym doskonale. I to jest esencja - więcej robić mniej gadać. To była najbardziej ekscytująca podróż muzyczna jaką kiedykolwiek odbyłem.

Opowiedz coś więcej o gościach na Waszej płycie, bo pochodzą oni z różnych zakątków świata i tym samym nadają płycie specyficznego, orientalnego wymiaru.
Jeśli chodzi o muzyków biorących udział w nagraniu, to w zasadzie poza nami pojawili się sami goście, bo ten zespół to póki co duet. Na pewno cieszę się ze współpracy z Rasm al Mashan oraz Jahiarem Iranim. Bardzo mi na tym zależało i nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Ale fantastycznie sprawdzili się Wojtek Ruciński oraz Sławek Berny, którzy uzupełnili nas jako sekcja rytmiczna i nagrali z nami całą płytę. Fantastyczne solo na harmonijce zagrał brat Mateusza - Samuel Owczarek, który jest mistrzem tego instrumentu. Oprócz nich wspomógł nas również Radosław Kordowski, współproducent płyty i realizator, który zagrał na Hammondzie.

Teledysk do utworu „Lights out” był pokazywany na festiwalach filmowych i spotkał się z życzliwym przyjęciem ze strony twórców filmowych. Czy możesz rozwinąć ten wątek?
To prawda. „Lights Out” dostał się na festiwal w Berlinie i w Stanach. Generalnie mamy dużą ambicję kiedyś popracować przy filmie i taką okazję stworzyliśmy sobie podczas pracy nad tym video. Tak naprawdę postawiliśmy przed reżyserem i operatorem zadanie, aby potraktowali nasz utwór jako ścieżkę dźwiękową do pewnej historii. Nie chcieliśmy by był to klasyczny teledysk.

Jako że czeka Was trasa europejska to czym różnią się koncerty grane dla polskiej od tych zagranicznych?
W zasadzie nie ma wielkich różnic. Zarówno w Polsce jak i w Europie słuchacze tego typu muzyki to bardzo otwarci i fajni ludzie. Na pewno nie odstajemy jeśli chodzi o poziom produkcji koncertów. Mimo wszystko na Zachodzie ludzie podchodzą do nas z większą ciekawością. Tutaj myślę jesteśmy „swojskim” zespołem. Za granicą jesteśmy trochę egzotyczni.

Czy w 2016 roku planujecie większą trasę koncertową w Polsce?
Bardzo na to liczymy. Co prawda trwają już rozmowy na temat przyszłorocznych koncertów za granicą, myślimy też o przerzuceniu mostów za wschodnią granicę, marzy mi się zagrać w Azji. Ale w pierwszej połowie roku chciałbym zagrać kilka koncertów w Polsce. Mam nadzieję, że to się wszystko fajnie złoży.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

więcej >

O początkach istnienia, wsparciu od dziennikarzy i nie tylko, ale też o fascynacji... musicalami i Mozartem, opowiada nam Marcin Cieślik z zespołu State Urge.

Arkadiusz Meller: Przedstawcie się nam proszę, opowiedzcie historii zespołu tzn. jak długo wspólnie gracie, w jakich okolicznościach się poznaliście?

Marcin Cieślik (State Urge): Można uznać, że zespół miał już swój początek w liceum. Wtedy stworzyłem wspólnie z kilkoma innymi kolegami początkującą szkolną kapele, która grała covery. Do zespołu dołączył Krystian – basista. Po niedługim czasie poznaliśmy się z Michałem za pośrednictwem internetowego forum (z tego co pamiętam było to forum osób interesujących się syntezatorami). Po ukończeniu liceum zespół szkolny rozpadł się – po prostu niektóre osoby postanowiły studiować poza Trójmiastem. Rozpoczęliśmy z Michałem oraz Krystianem poszukiwania perkusisty. Marcina poznaliśmy przez portal Nasza-Klasa gdzie na forum Politechniki Gdańskiej umieściliśmy ogłoszenie o poszukiwaniu bębniarza. Tym samym pod koniec 2009 roku powstał zespół State Urge, który do dziś tworzą cztery osoby – Marcin, Krystian, Michał i ja.

Gdzie odbywacie swoje próby i czy nie macie problemów z odpowiednim miejscem?
Próby od samego początku istnienia State Urge odbywały się w domu Michała. Gramy tam do dziś. Mamy fajnie zorganizowaną salkę prób, w której niczego nie brakuje aby grać i tworzyć. Problemów nigdy nie mieliśmy w tym temacie.

Na jednej z waszych płyt znalazła się informacja, że wsparcia finansowego na wydanie udzieliły władze województwa pomorskiego. Czy możecie liczyć na wsparcie lokalnego samorządu i jakie inne instytucje udzielają wam pomocy?
Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego udzielił nam częściowego wsparcia finansowego przy wyprodukowaniu albumu "Confrontation". Cieszymy się z tego powodu, że mogliśmy skorzystać ze specjalnego stypendium dla artystów, którzy są wyłaniani raz do roku w drodze oficjalnego konkursu. Ułatwiło nam to szybsze wydanie naszej drugiej długogrającej płyty. Dotychczas nie zabiegaliśmy o wsparcia finansowe innych instytucji więc może warto teraz spróbować?

Przyznam się szczerze, że gdy po raz pierwszy usłyszałem wasz utwór "More" pomyślałem, że to nowe nagranie Archive. Czy często spotykacie się z porównaniami do tego zespołu?
Z porównaniami do tego zespołu, ale także do wielu innych. Cieszymy się, że jesteśmy porównywani do cenionych, lubianych i legendarnych zespołów. Nie ma lepszego komplementu dla muzyka jak bycie porównywanym do najlepszych!

Jeżeli jesteśmy przy tym temacie to jakie są wasze inspiracje, muzyczne wzorce?
Moje inspiracje to dużo różnej muzyki, często bardzo odrębnej. Od wielu lat moją główną inspiracją był Pink Floyd, potem dochodziły tylko nowe i coraz bardziej "inne", tj. Led Zeppelin, Toto, Queen, Dire Straits, Alan Parsons Project, Eric Clapton, The Beatles, Katie Melua, U2, Archive, Muse, Bee Gees. Osobiście interesuję się muzyką musicalową (Andrew Lloyd Webber, Claude-Michel Schonberg), klasyczną (Amadeus Mozart), a także filmową (Ennio Morricone, John Barry)… nie sposób wymienić tutaj wszystkich.

Jakie polskie zespoły są wam najbliższe: Riverside, Tides from Nebula czy jeszcze jakieś inne?
Najbliższymi mi są: Czesław Niemen, Budka Suflera (jej początkowa twórczość), Republika, Edyta Bartosiewicz... Za chłopaków nie będę odpowiadał. Myślę, że każdy z nas ma nieco odrębne inspiracje które w wybranych przypadkach się pokrywają. Twórczości zespołu Riverside praktycznie nie znam, dopiero w ciągu ostatnich dwóch lat śledzę ich poczynania. Doceniam ich wkład w polską nową scenę muzyczną, która dobrze przyjmowana jest za granicą. Zespół Tides From Nebula to muzyka instrumentalna, która podoba mi się w ich wydaniu, natomiast uważam, że zbyt wiele polskich zespołów stara się ich kopiować w identyczny sposób. Mieliśmy okazję grać dwukrotnie z zespołem Tides From Nebula. Miło wspominamy ich koncerty, na które przychodzi fajna publiczność.

Czy zamierzacie stworzyć profesjonalne teledyski promujące wasze utwory? (czytaj dalej) @@@
Jak najbardziej. Taki teledysk jeszcze nie powstał, gdyż przygotowania scenariusza a także odpowiednich możliwości i warunków do jego rejestracji trwają już od zeszłego roku. Mamy taką cichą nadzieje, że w tym roku uda się zrealizować nasz pomysł i teledysk ujrzy światło dzienne.

W kwietniu będzie można was usłyszeć na Orlen Warsaw Marathon. Jakie wymogi musieliście spełnić, by się tam zakwalifikować?
Radiowa Trójka, a także główny organizator – Orlen ogłosili konkurs dla zespołów. Należało po prostu wysłać swoją muzykę, a także formularz zgłoszeniowy. Redaktor Polskiego Radia – Piotr Stelmach dokonywał wyboru zespołów spośród nadesłanych zgłoszeń. Wybór na pewno nie był łatwy gdyż zgłosiło się podobno ponad 200 zespołów.

Sporo można o was usłyszeć na antenach radiowych, między innymi na rockserwis.fm, czy są jacyś dziennikarze muzycznie, na których wsparcie możecie liczyć i w jakich jeszcze mediach chcielibyście zaistnieć?
Oczywiście, od początków naszej działalności bardzo aktywnie wspiera nas Radio Gdańsk – a konkretnie redaktor muzyczny Kamil Wicik. Dzięki jego zaproszeniom zagraliśmy już 3 koncerty studyjne na antenie Radia Gdańsk w tym jeden na żywo (przedpremierowy „Confrontation”). Na wsparcie możemy liczyć ze strony redaktora Adama Droździka (Radio PIK), który pomaga nam od kilku lat. Utrzymujemy stały i miły kontakt – ostatnio Adam odwiedził nas w Gdańsku, kiedy graliśmy koncert premierowy w studiu Radia Gdańsk. Na początku naszej działalności (2010 r.) docenił nas także redaktor Piotr Kaczkowski (wysłaliśmy mu nasze demo studyjne). Umieścił nas w audycji W Tonacji Trójki. To była dla nas duża nobilitacja na kolejne lata! Wraz z premierą albumu Confrontation ponownie przekazaliśmy nasz album redaktorom Trójki – Piotrowi Kaczkowskiemu oraz Leszkowi Adamczykowi i umieścili nas kilka razy w audycji Minimax. Naszą muzykę docenił także redaktor Tomasz Żąda, Piotr Kosiński Grzegorz Zambrowski, czy aktualnie – Piotr Stelmach. Dla nas to niezwykle ważne, bo przecież radio to najlepsze narzędzie komunikacji między muzykiem a słuchaczem. Wspiera nas ProRadio, Radio Opole, Radio Kraków, RockSerwis.fm, Radio Mors! Niebywale nas to cieszy! Jeśli o kimś zapomniałem – to przepraszam – tych kontaktów mamy coraz więcej – i każdy jest dla nas równie cenny.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów!

więcej >

^ do góry

...

patronaty



partnerzy