logo
matecznik dźwięków niebanalnych
 
 
Recenzje - SCORPIONS
Nowe płyty Scorpionsów niestety nie są już w stanie wzbudzić u mnie jakiejkolwiek ekscytacji, zwłaszcza po słabiutkim Return to Forever z 2015 roku, które ostatecznie potwierdziło, że ta zacna niegdyś formacja kompletnie odcięła się od przes ...

więcej >

 
Jak się nie cieszyć z takiej płyty?! Mimo pewnych zagranicznych sukcesów kilku naszych zespołów (Behemoth, Myslovitz, Riverside, Vader) trudno uznać, że jesteśmy szczególną potęgą światowego rock’n’rolla. Tak naprawdę, ani w pierwszej, ...

więcej >


Michael Schenker z pewnością nie należy do tych muzyków, którzy odcinają się od przeszłości i nie chcą rozmawiać na pewne tematy. Głównym powodem naszego grudniowego spotkania była oczywiście płyta Resurrection, która ukaże się pod szyldem Michael Schenker Fest już 2 marca. Gitarzysta, któremu nadano niegdyś uroczy przydomek Blonde Bomber, zaprosił do współpracy muzyków i wokalistów, którzy pojawiali się na jego płytach przez niemal 40 ostatnich lat. Była to zatem okazja nie tylko do porozmawiania o nowej muzyce, ale także do wspominek. A wspominać Schenker niewątpliwie ma co – w końcu był członkiem Scorpions i UFO, dwóch niezwykle popularnych grup rockowych. Choć nie wiem czy słowo „rozmowa” jest tu najtrafniejsze. Michael w zasadzie nie potrzebuje pytań. Wystarczy „rzucić” krótkie hasło, a rozgaduje się tak, że momentami można mieć wątpliwości, czy samo pytanie miało w ogóle jakiekolwiek znaczenie. Ale rozmówcy, z których nie trzeba wyduszać siłą każdego zdania, to niewątpliwie marzenie każdej osoby przeprowadzającej wywiad, więc z radością pozwoliłem Schenkerowi odpływać w dowolnie wybrane przez niego rejony.

JBM: Jest jeszcze dzisiaj ktoś po mnie?

MS: Wydaje mi się, że jesteś przedostatni.

JBM: Ile godzin już tu siedzisz?

MS: W sumie jakieś 12 wywiadów, ale to tylko niewielka część z około trzystu w ostatnich dniach.

JBM: Poważnie? Trzysta wywiadów?

MS: No tak. Kilkanaście dni, każdy w innym mieście.

JBM: Czyli należysz do tej grupy muzyków, którzy lubią opowiadać o swojej twórczości?

MS: Tak, bo mówię od serca, nie ściemniam. W mojej głowie powstaje pewien film, który ciągle odtwarzam. Wywiady są niezwykle istotne, bo przez te wszystkie lata ludzie opowiadali wiele bzdur na mój temat, więc teraz wy możecie sami to wszystko sprawdzić i stwierdzić, co jest ściemą. Uwielbiam to robić także dlatego, że na jakiś czas wypadłem z obiegu, więc mam teraz mnóstwo rzeczy do powiedzenia [śmiech].

JBM: Wspomniałeś o tych bzdurach, które pojawiają się na temat różnych muzyków w internecie. Kiedy szuka się informacji o Tobie, łatwo natknąć się na opinie, że nie jesteś najłatwiejszy we współpracy. Ale na nowej płycie mamy prawdziwą konstelację gwiazd. Pracowałeś już z nimi wszystkimi wcześniej, z niektórymi bardzo dawno temu, na początku lat 80. Skoro tak trudno z Tobą wytrzymać, to jakim cudem oni wracają?

MS: [śmiech] To bardzo mądre pytanie. Ludzie zmyślają różne rzeczy. Chcą robić zamieszanie. Prawda jest taka, że gdy miałem 23 lata, zasmakowałem wielkiej sławy i sukcesu. Musiałem podjąć decyzję, czy chcę przy tym zostać, czy może wolę poeksperymentować i skupić się na moim życiu. Od 17 roku życia w zasadzie nie słucham muzyki i nikogo nie kopiuję. Założyłem Michael Schenker Group i był to krok we właściwym kierunku. Mogłem wymyślać wszystko od początku do końca. Pierwszy etap mojego życia poświęciłem na rozwój – to okres aż do płyty Strangers in the Night. Potem pomogłem Scorpionsom skończyć płytę i przyczyniłem się do otwarcia przed nimi drzwi w Stanach. Następnie powiedziałem: „No to pa. Teraz muszę skupić się na czymś innym”. Wiem, czego chcę. Moją prawdziwą pasją jest gitara jako środek do najpełniejszego wyrażania samego siebie. Dlatego nie słucham cudzej muzyki i robię wszystko, by cudza twórczość na mnie nie wpływała. W „środkowym okresie” mojego życia wszedłem na kolejny poziom – eksperymentowałem i uczyłem się życia. Nie interesowała mnie komercja, więc szukałem nieznanego wokalisty, z którym łatwiej byłoby przeprowadzać moje muzyczne eksperymenty. I to też jest powód tego, że często zmieniałem składy. Robiłem sobie przerwę, ale moi muzycy mówili: „Musimy zarabiać”. Zaczynali współpracę z kimś innym. Nigdy nie miałem z tym problemu. To powód tak częstych zmian w składzie mojej grupy. Przy okazji każdej kolejnej płyty musiałem od nowa zbierać skład, chyba że ktoś z poprzedniego składu był akurat dostępny.

JBM: Od bardzo wielu lat jesteś w zasadzie artystą solowym. Oczywiście grasz w zespole, ale to Twój zespół – jesteś w nim szefem. Masz jeszcze w sobie potrzebę grania w prawdziwym zespole, w którym każdy miałby tyle samo do powiedzenia?

MS: Wiem, czego chcę. Mam pewien pomysł – wizję. Nie jestem dyktatorem, wierzę w demokrację. Ale jeśli chcesz stworzyć dzieło sztuki z kawałka drewna, nie pozwalasz wszystkim dookoła przy nim grzebać. Sam wcielasz tę wizję w życie. Podobnie jest ze mną. Pierwszy etap mojego życia poświęciłem na rozwój. Potem pożegnałem się ze sławą i zająłem się wszystkim tym, na co akurat miałem ochotę – akustyczne i elektryczne utwory instrumentalne, ciężkie granie itd. Robiłem wszystko. Teraz jestem w trzecim etapie. W 2008 roku nagle zapragnąłem być na scenie. Przez całe życie miałem potworną tremę, a nagle poczułem, że chcę występować. Dla mnie był to znak, żeby wrócić na dobre, co udało się bardzo szybko. Grupa Temple of Rock była naturalnym krokiem. Teraz mamy Michael Schenker Fest. Z Doogiem [White’em] w składzie wciąż graliśmy moje najpopularniejsze rzeczy – na przykład utwory, które nagrywałem z Grahamem Bonnetem. Doszliśmy do punktu, w którym uznałem, że czas na chwilę wstrzymać projekt Temple of Rock, bo robiliśmy to już od pięciu lat. Dajmy naszym fanom za nami zatęsknić. Teraz jest czas na świętowanie. Jestem inną osobą. Zaczynałem jako nieśmiały, wrażliwy, mało stabilny młody człowiek, teraz jestem zupełnie inny. Chcę świętować tę zmianę. Zamiast grać z jednym zespołem przez 40 czy 50 lat, wkładałem całą swoją energię w różne projekty. Teraz uznałem, że zamiast rozpraszać tę energię na różne projekty, mogę skupić ją w jednym miejscu. Mogę mieć przy sobie wszystkich tych wokalistów, z którymi współpracowałem. Taka sytuacja jest dobra nie tylko dla mnie, ale także dla publiczności, bo nikt nie spodziewał się, że coś takiego będzie możliwe. Obecność tych wszystkich wokalistów na scenie musi robić wrażenie. Na mnie robi. Zespół też świetnie się bawi. To także gratka dla nowych fanów, którzy mogli tylko słuchać wspomnień o dawnych czasach, ale sami nie mieli nigdy okazji zobaczyć tych składów na własne oczy. Mają szansę doświadczyć choćby cząstki tego klimatu. Jestem teraz w świetnym miejscu. Praca nad nową płytą była kapitalna, zupełnie inna niż przy okazji regularnych albumów. Nie wiedzieliśmy, co się wydarzy. Obserwowaliśmy cały ten proces – to, jak krok po kroku wszystko nabierało kształtu. Gdy pisałem te numery, nie wiedziałem kto będzie śpiewał w którym z nich. Żartowałem z Michaelem Vossem, że powinniśmy wysłać każdemu wokaliście wszystkie te nowe utwory i zobaczyć, kto co wybierze i czy będą jakieś kłótnie. Nie było nawet planu, żeby każdy z nich zaśpiewał w trzech numerach. Chciałem jedynie, żeby na płycie znalazły się ze dwa albo trzy kawałki, w których zaśpiewają wszyscy. Gdy stworzyłem drugi utwór, Michael Voss napisał tekst i stworzył melodie wokali w jedną noc. Ten utwór to Warrior. Idealnie nadawał się do tego, żeby zaśpiewali go wszyscy wokaliści. To była nasza pierwsza ukończona kompozycja. Wytwórnia Nuclear Blast miała zatem mnóstwo czasu, żeby wypuścić singiel i zająć się promocją całości. To wszystko mogło się wydarzyć dlatego, że wypuściliśmy świetne DVD. Ludzie mogli przekonać się o potencjale całego tego przedsięwzięcia, zamiast oglądać w internecie filmiki kręcone iPhone’ami. Dzięki temu wydawnictwu dostaliśmy ofertę z Nuclear Blast i uznaliśmy, że to najlepsze wyjście. To uznana firma ze świetną reputacją, w dodatku niemiecka. Na początku nie byłem zbyt chętny na współpracę z nimi. Chciałem zostać u mniejszego wydawcy, który wypuszczał moje płyty. Było mi tam dobrze. Ale potem pomyślałem, że może jednak powinienem to przemyśleć. Uznałem, że jestem teraz inną osobą, to zupełnie inny czas, inny etap mojego życia. Michael Schenker Fest to o wiele większe przedsięwzięcie. Musi za nim stać duża firma. Być może to, co najlepsze w moim życiu, dopiero nadchodzi.

JBM: Nie ma sensu zapraszać tych wszystkich znanych muzyków do współpracy, a potem wydać album w firmie, która nie będzie w stanie odpowiednio go promować czy dystrybuować. Nuclear Blast to świetny wybór.

MS: Dokładnie. Zabawne jest też to, że w tym samym czasie, gdy podpisywałem z nimi umowę, odbierałem nagrodę dla najlepszego gitarzysty, a oni na tej samej gali dostali statuetkę dla najlepszego wydawcy. Świetnie się złożyło [śmiech].

JBM: Wspomniałeś już, że wokaliści nie musieli bić się o utwory. Zastanawiam się, czy myślałeś o konkretnym wokaliście w trakcie pisania danej kompozycji, czy raczej uznałeś, ze najpierw napiszesz nowe numery, a potem się zobaczy, który z nich do kogo pasuje?

MS: Z każdym wokalistą pracuję w ten sam sposób – bez względu na to, czy jest to Klaus Meine, Phil Mogg czy Gary Barden. Najpierw jest muzyka. Muzyka musi sama w sobie być wartościowa. Potem wokalista umieszcza wisienkę na torcie, ale sama muzyka musi mieć wartość. Jeśli wokaliście nie uda się napisać tekstu, to mam utwór instrumentalny [śmiech]. Jeśli muzyka sama w sobie jest słaba i trzeba ją ratować głosem, nie ma to sensu. Musi mieć moc.

JBM: Najpierw zobaczyłem tytuł nowej płyty – Resurrection [Zmartwychwstanie] – potem okładkę. Oczywiste nawiązanie do ostatniej wieczerzy. Potem dostałem spis utworów i dostrzegłem kompozycję zatytułowaną The Last Supper [Ostatnia wieczerza], więc wszystko zaczęło składać się w całość. Jest w tym jakaś głębsza myśl czy to po prostu zabawa konwencją?

MS: Na początku płyta miała nosić tytuł Michael Schenker FEST in the Studio. Fajny pomysł. Reżyserka, stół, na nim mnóstwo jedzenia, wina i piwa. Wszystko, czego trzeba, żeby poimprezować. Taki był początek. A potem Doogie zaczął śpiewać „Take me to the church” [Zabierz mnie do kościoła] [śmiech]. Doogie, o co chodzi? Potem zobaczyłem pierwsze szkice okładki, która zaczęła wyglądać jak Ostatnia Wieczerza, a Michael Voss napisał tekst do mojego utworu i zatytułował go The Last Supper. Wciąż jeszcze używałem tytułu Michael Schenker Fest in the Studio, ale te wszystkie sygnały dookoła dały mi do myślenia. Różni artyści, z którymi pracuję, zmierzają w tym samym kierunku. Może da radę jakoś to wszystko połączyć. Spojrzałem na moją karierę, na lata 1992-2005. Właściwie nie było mnie wtedy. To „stracone lata Michaela Schenkera”. Wiele osób myślało, że przepadłem. A potem zacząłem kolejny etap życia, prawdziwe zmartwychwstanie. Moi dawni współpracownicy wrócili, choć nikt nie wierzył, że to się uda. To był szok dla wielu osób. Resurrection to zatem odpowiedni tytuł. Nie miałem jeszcze tytułu dla jednego z utworów instrumentalnych, więc nazwałem go Salvation [Zbawienie], żeby nawiązać do całej reszty.

JBM: Nagranie spójnej płyty przy tak wielu osobach w zespole jest trudniejsze? Jeśli masz czterech muzyków w grupie, to ze spójnością materiału nie powinno być problemu, ale jeśli na albumie pojawia się dziesięć czy nawet kilkanaście osób, to chyba nie jest to już takie oczywiste. Naturalnie to ty jesteś kompozytorem, ale każdy z wokalistów pisał teksty i pewnie miał spory udział w tworzeniu linii wokalu.

MS: Zawsze zostawiam tekst wokalistom. Chcę, żeby czuli to, co śpiewają. To także sprawia, że całość jest bardziej interesująca, bo każdy z nich jest inny. Mamy tu cztery osobowości, każda z nich z innymi poglądami na wiele spraw w życiu. Nigdy nie wiadomo czy na koniec prac wszystko to będzie miało sens, ale każdy z tych utworów zaczyna żyć własnym życiem i trzeba umieć to wykorzystać. Świat zewnętrzny jest nieprzewidywalny. Można oczywiście nakreślić jakiś plan i starać się trzymać tego planu jak najściślej, ale nie można upierać się przy nim za wszelką cenę, bo ten świat zewnętrzny zawsze też ma wpływ na kierunek, w którym to wszystko zmierza. Życie jest jak taniec – czasem trzeba umieć wyjść poza swój skrawek parkietu. Jeśli chciałeś atmosfery imprezy na płycie, a nagle ktoś zaczyna śpiewać „zabierz mnie to kościoła”, a okładka zaczyna wyglądać jak scena z Ostatniej Wieczerzy, to zaczynasz się zastanawiać: może to jakiś znak? Wszechświat kieruje mnie w konkretną stronę.

JBM: Czy wciąż czujesz potrzebę komponowania i nagrywania utworów, które trafią do stacji radiowych?

MS: Nigdy nie chciałem być sławny. Nie miałem potrzeby robienia czegokolwiek pod kątem komercji. Pragnąłem po prostu robić to, co kocham, dlatego opuściłem Niemcy. Tam rządziło disco. Zawsze powtarzałem Scorpionsom, że jeśli trafi się jakiś zespół z Anglii, który będzie mnie chciał, to wyjadę. Nie miało znaczenia, kto to będzie. Chciałem mieszkać w Anglii, bo tam bycie muzykiem było traktowane jako zawód. Wiedziałem, że zrozumieją to, co chcę robić. W Niemczech nie było na to szans. Gdybym chciał być sławny i bogaty, to robiłbym coś, co by mi to zapewniło, ale nie o to chodzi. Fascynowała mnie potęga dźwięku tworzonego za pomocą struny. Gdy miałem 14 lat, pojawił się przester – mówię o Black Sabbath i tego typu brzmieniach. Wtedy zdałem sobie sprawę, że gitara jest najlepszym medium do wyrażania siebie. Można dzięki niej zrobić wszystko. Na tym się skupiam. Muzyka metalowa jest płachtą, którą zamalowuje za pomocą mojej gitary. Po eksperymentach w drugim etapie mojego życia, mogę teraz wrócić do tego, co pokochałem na samym początku – połączenia świetnego głosu ze świetnym brzmieniem gitary: Rod Stewart i Jeff Beck, Robert Plant i Jimmy Page. Uwielbiam to. Grać trzeba z niezwykłym wyczuciem. Nie za dużo, nie za mało. Tak, żeby pozostawić ślad. Potem wokalista przejmuje stery, następnie gitarzysta zabiera słuchacza w podróż, a potem znowu wokalista rozwija temat.

JBM: Skoro już mowa o komercyjnym brzmieniu i stacjach radiowych – wielu muzyków nie chce wspominać lat 80., bo wstydzą się tego, co wtedy robili.

MS: Wcale się nie dziwię [śmiech].

B: Jakie są Twoje wspomnienia związane z tamtą dekadą?

MS: Nie miałem wiele wspólnego z głównym nurtem [śmiech]. Mój wkład w muzykę miał miejsce przede wszystkim w latach 70. Potem lata 80. korzystały z tego, co robiłem w poprzedniej dekadzie. Mam swój udział w każdej podwójnie czy potrójnie platynowej płycie wiszącej na ścianie, mimo że na żadnej z nich nie grałem. [śmiech]

JBM: Pamiętam, że pierwszym Twoim utworem, który usłyszałem, wcale nie był któryś z kawałków Scorpionsów czy UFO, ale Time z jednej z płyt McAuley Schenker Group. Znalazłem ten numer na jakiejś kasecie typu Metal Hammer Ballads. Przez długi czas twoje nazwisko utożsamiałem właśnie z takim przyjaznym dla radia rockowym graniem, a to zupełnie inne brzmienie niż to, co robisz teraz.

MS: O tak, zdecydowanie. Zaprosiłem Robina McAuleya do współpracy, bo chciałem doświadczyć prawdziwego muzycznego partnerstwa. Dlatego też dostał M w nazwie MSG. „Masz nazwisko na M, dzięki temu możemy zachować skrót i logo!” [śmiech] Mieliśmy nowy zespół, nowych tekściarzy i kompozytorów, nowy management. W tamtym okresie nie miałem aż tak wielkiego wpływu na to wszystko. Wciąż byłem głównym gitarzystą w zespole, ale nie zajmowałem się wszystkim. Po prostu wyszło trochę inaczej niż wcześniej. Zawsze, gdy współpracuję z nowym wokalistą, całość brzmi nieco inaczej.

JBM: Tamto brzmienie różniło się też znacznie od tego, co robiłeś wcześniej. UFO miało ogromny potencjał komercyjny, ale nie sądzę, żeby udało się ten potencjał wykorzystać w 100%. Ten zespół z Tobą w składzie miał szansę być na absolutnym szczycie.

MS: I tak by pewnie było. Ale mój rozwój dobiegł końca i nie byłem zainteresowany pogonią za sławą. Nie chciałem brać udziału w żadnym wyścigu szczurów. Nie miało to dla mnie sensu, nie widziałem w tym celu. Miałem własne pomysły na siebie, inne pomysły. Wiele osób sądzi, że to wszystko daje im szczęście. Jestem wdzięczny, że mogłem tego zasmakować, ale wcale tego nie potrzebuję. To powinien być dla wielu osób znak – może wcale nie potrzebują sławy do szczęścia. Ludzie na szczycie często wcale nie są szczęśliwi. Niszczą samych siebie. Chorują, marnotrawią pieniądze na bzdury. To bardzo cenna lekcja. Gdy jesteś na szczycie i dopełnisz dzieła samozniszczenia, przynajmniej wiesz już, jak tam było – wiesz, że zupełnie inaczej sobie to wyobrażałeś. Sława nie była mi do niczego potrzebna, bo nigdy nie skupiałem się na luksusie. Współzawodnictwo mnie nie interesuje. Żyj i pozwól żyć. Ja robię swoje, ty rób swoje. Miej jakąś wizję, realizuj ją, baw się dobrze.

JBM: Chciałbym jeszcze na koniec zahaczyć o UFO. Mam wrażenie, że Twoja relacja z tym zespołem to w pewnym sensie połączenie miłości i nienawiści. Wracałeś do UFO trzy razy, ale za każdym z nich wytrzymywałeś około dwa lata.

MS: W 1993 przyszedł do mnie ze swoim menedżerem Phil Mogg. Był kompletnie załamany. Błagał mnie, żebym pomógł mu odbudować markę UFO. Zniszczył wszystko. Pomogłem im się wybić, a po moim odejściu on wszystko zniszczył. Stracił całą kasę, którą zarobił na naszym sukcesie. Powiedziałem, że mu pomogę, ale muszę mieć 50% praw do nazwy, żeby mieć pewność, że znowu nie zawali. Tak też się stało. Postawiłem pewne warunki: sprzedajemy płytę w trasie i sprowadzamy producenta Rona Nevisona oraz stary skład. Opowiem ci coś. Pewnego dnia, pod koniec McAuley Schenker Group, jechałem limuzyną. Kierowca spytał mnie: „Zdajesz sobie sprawę, że cię oszukują?”. Odpowiedziałem mu: „No cóż, w zasadzie to tak, ale mam wszystko, czego mi trzeba”. Ale potem zacząłem się nad tym zastanawiać i doszedłem do wniosku, że dość tego. Dlaczego otaczam się ludźmi, którzy na mnie żerują? Żeby móc sobie pozwolić na wszystko, czego potrzebuję, muszę sprzedać zaledwie kilka płyt dziennie, bez konieczności spowiadania się komukolwiek z czegokolwiek. Będzie dobrze. Postanowiłem wydać album z akustycznymi utworami instrumentalnymi – w ramach podziękowania dla fanów. Gdy nagrałem płytę, wziąłem dwie gitary i ruszyłem w drogę publicznym transportem w Stanach. Jeździłem tamtejszymi autobusami od miasta do miasta, pukałem do drzwi każdej rozgłośni radiowej: „Cześć, jestem Michael Schenker, chcecie zrobić ze mną wywiad? Tu i teraz, bez umawiania się. Mam tu swoją płytę, możemy o niej pogadać”. Zrobiłem w ten sposób 15 tysięcy kilometrów: z Arizony do Los Angeles, San Diego, Seattle, potem do Denver, Dallas, następnie Nowy Jork, Boston, Cleveland, Corpus Christi, na południe do Key West, potem Tampa, Luizjana, a potem coś się wydarzyło i musiałem wracać. Do domu dotarłem jako bogaty człowiek. Mogłem sobie pozwolić na trzy domu, ziemię na Hawajach, zbudowałem własne studio nagraniowe. Gdy zacząłem robić wszystko sam, cała kasa zaczęła płynąć tylko do mnie [śmiech]. Chciałem, żeby w UFO było podobnie, bo wiedziałem, że ich też oszukiwano. Pojechaliśmy w trasę i wszyscy byli zadowoleni, płyta była świetna. Nawet po 17 latach przerwy wciąż brzmieliśmy bardzo dobrze, ale potem Phil znowu chciał wszystkim rządzić i zaczął łamać naszą umowę. Powiedziałem mu, że to nie w porządku. Kilka lat później wytwórnia Shrapnel Records złożyła grupie propozycję. Mówiłem: „To nie jest dobry pomysł. To ma sens tylko ze starym składem. Jeśli zmieni się część muzyków i producenta, zmienia się cały klimat”. Miałem w tym czasie propozycję świetnej umowy z wydawcą japońskim na płytę MSG. Wtedy znowu pojawił się Phil. Powiedziałem im – jeśli zaproponujecie mi te same warunki dla UFO, podpiszemy dwie umowy. Tak się właśnie stało. Rok później wypuściłem płytę Written in the Sand, to był 1996 rok. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz z UFO, ale zignorowali to, co mówiłem o wytwórni, Ronie Nevisonie i oryginalnym składzie. Nagraliśmy album z innymi muzykami i nie było chemii. Powstały płyty Covenant i Sharks. Potem Pete Way zaczął wydziwiać. Powiedziałem, że mam dość. Zadzwonił Phil: „Hej, Michael. Muszę pracować, potrzebuję praw do nazwy UFO”. Odpowiedziałem: „Phil, możesz wziąć ją sobie za darmo, część”. I tyle.

Z Michaelem Schenkerem rozmawiał Jakub "Bizon" Michalski.

więcej >

Panowie z niemieckiej formacji Scorpions nie pozwalają o sobie zapomnieć. Płyty z nowym materiałem studyjnym ukazują się jakby coraz rzadziej, ale od przecież zawsze można wydać płytę z coverami, przerobionymi własnymi starymi utworami lub po prostu składankę największych hitów. I właśnie wydawnictwem tego ostatniego typu jest „Born To Touch Your Feelings – Best Of Rock Ballads”, które ukaże się w sklepach od 24 listopada.

40 lat temu na płycie Taken By Force (piękne czasy…) ukazał się utwór „Born to Touch Your Feelings”. Teraz tytuł tej kompozycji posłużył jako nazwa wyjątkowej kompilacji, która przypomina historię legendarnego zespołu Scorpions. Płyta zbiera najbardziej znane rockowe ballady grupy – między innymi tytułowe „Born To Touch Your Feelings”, „Send Me Angel”, czy „Holiday” oraz oczywiście „Wind Of Change”.

Jak to najczęściej bywa z tego typu składankami, nie mogło zabraknąć nowej kompozycji w zestawie. Obok największych klasyków znalazło się miejsce na nowy utwór Rudolfa Schenkera – „Always Be With You” – napisany po narodzinach jego najmłodszego syna. Z kolei „Melrose Avenue” napisał drugi z gitarzystów zespołu, Matthias Jabs, a utwór zawdzięcza swój tytuł najsłynniejszej ulicy w Los Angeles.

Album „Born To Touch Your Feelings – Best Of Rock Ballads” będzie dostępny od 24 listopada na płycie CD oraz podwójnym winylu, a także w sprzedaży cyfrowej.

Przypomnijmy, że ostatnim studyjnym krążkiem Scorpions z premierowym materiałem jest „Return to Forever” z 2015 roku. Od zeszłego roku w szeregach niemieckiej (a obecnie raczej niemiecko-polsko-szwedzkiej) formacji występuje perkusista Motӧrhead Mikkey Dee.

1 grudnia grupa wystąpi w trójmiejskiej Ergo Arenie.

Spis kompozycji umieszczonych na nowym wydawnictwie grupy przedstawia się następująco:

1. Born to Touch Your Feelings (Studio Edit)
2. Still Loving You
3. Wind of Change
4. Always Somewhere
5. Send Me an Angel (Acoustic Version 2017)
6. Holiday
7. Eye of the Storm (Radio Edit)
8. When the Smoke Is Going Down
9. Lonely Nights
10. Gypsy Life
11. House of Cards (Single Edit)
12. The Best Is Yet to Come
13. When You Came into My Life (Studio Edit)
14. Lady Starlight
15. Follow Your Heart (Version 2017)
16. Melrose Avenue
17. Always Be with You

więcej >

^ do góry

...

patronaty



partnerzy