logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
STEVEN WILSON
Kraków, ICE
18.04.2016
  • Steven Wilson to kwintesencja profesjonalizmu. 
    To synonim pasji, indywidualnych wyborów, nawet za cenę braku popularności.    
    To obietnica najwyższej jakości. Nawet gdy muzykom odcinają prąd (co miało miejsce w trakcie utworu Happy Returns), na sali wierzymy, że to zaplanowana część spektaklu.
     
    Tworzy sztukę elitarną, choć w przestrzeni muzyki przyjętej za rozrywkową, gdzie rytm, słowo, obraz, dźwięk dopiero złączone w całość tworzą skończoną siłę wyrazu. 

    Zapytacie jaki był ten krakowski koncert? 
    Wyjątkowy, nadzwyczajny, nostalgiczny, niepowtarzalny, dobrze nagłośniony, o wysokim ładunku emocjonalnym, perfekcyjny wykonawczo (ale czy mogło być inaczej, gdy na scenie tak znakomici muzycy, jak choćby Nick Beggs czy Dave Kilminster), soczysty brzmieniowo, przestrzenny, psychodeliczny, gdzie obraz i dźwięk splatały się w homogeniczną materię.


    Ktoś mógłby powiedzieć, taki jak zawsze. Nie, bo choć wiele koncertów Stevena Wilsona mam już za sobą, ten był z pewnością jednym z najbardziej magicznych.
    Wspaniałych chwil było wiele. Aż nie sposób je wszystkie wymienić. Pierwsza część obfitowała we w całości wykonany album Hand. Cannot. Erase. W porównaniu z ubiegłorocznym koncertem odnotowałem więcej luzu, swobody. Podobnie jak ostatnio, muzyce zazwyczaj towarzyszyły obrazy ilustrujące opowiadaną historię. Najlepiej wypadły: Routine z efektami dźwiękowymi "rozsianymi po całej sali", kulminacją, że aż ciarki..., wzruszająca Perfect Life z odtworzoną "z taśmy" partią wokalną, monumentalny Ancestral i kończący pierwszą część koncertu nostalgiczny Happy Returns/Ascendant Here On… 

    Drugą część koncertu nazwałbym odwieczną podróżą z przeszłości do teraźniejszości. Niespodziewanie pojawił się Dark Matter z albumu Signify, Lazarus zadedykowany zmarłemu Davidowi Bowiemu, Don't Hate Me w odświeżonej wersji oraz Sleep Together jak zawsze wykonany z pazurem. Najsłabiej zabrzmiał My Book of Regrets z ostatniej płyty.  Vermillioncore stanowił raczej muzyczne, quasi psychodeliczne tło dla efektów trójwymiarowych, wyświetlanych na rozwieszonej przed sceną przeźroczystej płachcie.

    Zmieniony początek Index i epatujące grozą Harmony Korine z pewnością są godne wymienienia. Bis to kameralna wersja Space Oddity - hołd dla Bowiego. The Sound of Muzak oraz The Raven..., z animacją pochłaniającą słuchacza bez reszty. 

    Nigdy nie zapomnę tego kwietniowego wieczoru, 
    gdzie przeszłość zmieszała się z teraźniejszością. 
    Nigdy nie zapomnę szczelnie wypełniających salę przestrzennych dźwięków,
    zachwycających klarownością brzmienia przez cały koncert. 
    Nigdy nie zapomnę opowieści Wilsona dotyczących Davida Bowiego, 
    warto zapamiętać przykładem zmarłego muzyka,
    że w życiu warto podążać swoją drogą, nie oglądając się na innych.
  •  
    Nigdy nie zapomnę, że w środku utworu muzykom odcięło prąd, 
    zaczęli oczywiście tam gdzie skończyli. 
    Nigdy nie zapomnę słuchacza przeżywającego koncert całym ciałem, 
    gdy przez chwilę bałem się o życie jego sąsiadki.
    Nigdy nie zapomnę kameralnej wersji Space Oddity, która się już więcej nie powtórzy. 
    Nigdy nie zapomnę wzruszającej Routine ze świszczącym wiatrem myszkującym po sali. 
    Nigdy nie zapomnę zagranych utworów Porcupine Tree, które przypomniały pierwsze koncerty w Hali Wisły, byliśmy tacy piękni, młodzi a wszystko było takie proste… 
    Nigdy nie zapomnę tych ulotnych, wzruszających chwil, które przeminęły bezpowrotnie…
    ponieważ jak pisała Szymborska:

    Nic dwa razy się nie zdarza 
    i nie zdarzy. Z tej przyczyny 
    zrodziliśmy się bez wprawy 
    i pomrzemy bez rutyny. 

    Choćbyśmy uczniami byli 
    najtępszymi w szkole świata, 
    nie będziemy repetować 
    żadnej zimy ani lata. 

    Żaden dzień się nie powtórzy, 
    nie ma dwóch podobnych nocy, 
    dwóch tych samych pocałunków, 
    dwóch jednakich spojrzeń w oczy. 

    Wczoraj, kiedy twoje imię 
    ktoś wymówił przy mnie głośno, 
    tak mi było, jakby róża 
    przez otwarte wpadła okno. 

    Dziś, kiedy jesteśmy razem, 
    odwróciłam twarz ku ścianie. 
    Róża? Jak wygląda róża? 
    Czy to kwiat? A może kamień? 

    Czemu ty się, zła godzino, 
    z niepotrzebnym mieszasz lękiem? 
    Jesteś - a więc musisz minąć. 
    Miniesz - a więc to jest piękne. 

    Uśmiechnięci, współobjęci 
    spróbujemy szukać zgody, 
    choć różnimy się od siebie 
    jak dwie krople czystej wody.
autor: Bartłomiej Gajda

tagi: STEVEN WILSON / KRAKÓW / ICE / PORCUPINE TREE / PROG ROCK

...

patronaty



partnerzy