logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
BEASTO BLANCO
We Are
24.05.2019
  • W 2019 r. kilka premier muzycznych całkowicie umknęło mojej uwadze, część z uwagi na dość niszową promocję, inne zapewne wskutek mojej własnej nieuwagi. Jedną z takich premier był trzeci już studyjny album (a czwarty w ogóle) Beastö Blancö, projektu będącego dzieckiem Chucka Garrica, wieloletniego basisty Alice’a Coopera, który w przeszłości zasilał także składy L.A. Guns oraz Dio. Nie ukrywam, że po najnowszym dziele Chucka i spółki - „We Are” – nie spodziewałem się zbyt wiele, zwłaszcza mając na uwadze, iż dość chłodno przyjąłem debiut formacji („Live Fast Die Loud”), a i druga płyta ("Beastö Blancö"), choć nieco lepsza, nie wzbudziła we mnie zbyt dużego entuzjazmu. Być może tym większe było moje zdziwienie i pozytywne zaskoczenie, gdy wreszcie sięgnąłem po „We Are”.

    Nie zrozumcie mnie jednak źle. Na najnowszym albumie Beastö Blancö nie doszło do szczególnego przewrotu stylistycznego, to nie jest kapela, która na jednej płycie gra rocka, na drugiej jazz, a na trzeciej funk. „We Are” to nadal wariacja na temat Roba Zombie i Trenta Reznora z domieszką Motörhead i wcześniejszych Maidenów, na bazie przebojowych melodii klasycznego rock ‘n’ rolla. Jeśli natomiast miałbym odnieść brzmienie do macierzy, czyli Alice’a Coopera, to obstawiłbym miks industrialnego metalu z czasów „Brutal planet” z przebojowością płyt „The Eyes of Alice Cooper” oraz „Dirty Diamonds”. Wszystko też zdradza okładka – jest ostro, szybko, ciężko i głośno. Zasadnicza zmiana względem pierwszego albumu to przekwalifikowanie Calico Cooper (córki Alice’a) z roli chórzystki do współwokalistki, zaś względem drugiego krążka – wzbogacenie produkcji i podniesienie ogólnej jakości kompozycji, które bardziej zapadają w pamięć. Tylko tyle i aż tyle.

    To co najbardziej przykuwa uwagę podczas słuchania utworów Beastö Blancö to oczywiście wokale. Trzeba przyznać, że dość charakterystyczny, gardłowy głos Garrica dobrze uzupełnia się z przyjemniejszym dla ucha, ale również zadziornym brzmieniem Cooper. Dość dobrym rozwiązaniem było przeplecenie kompozycji z dominującym wokalem Chucka oraz tych, gdzie prym wiedzie Calico (część natomiast śpiewają wspólnie). To bardzo ułatwia odbiór całości, osobiście męczą mnie albumy, gdzie wokalista przez dziewięćdziesiąt procent czasu się drze, z kolei cały krążek zaśpiewany przez Calico prawdopodobnie także okazałby się dość monotonny i mało zapadający w pamięć. Wydaje się, że na „We Are” uzyskano złoty środek. Oczywiście nie wolno tu dyskredytować pozostałych muzyków. Chris „Brother” Latham (gitara), Jan LeGrow (gitara basowa) i Sean Sellers (perkusja) to solidni profesjonaliści, którzy na trzecim krążku zespołu wreszcie mogą błyszczeć.
  • Zwłaszcza gitary Lathama zasługują na szczególną uwagę i pochwałę.

    W zakresie utworów grupa proponuje nam dość klasyczny rozkład 43 minut w 11 kompozycjach. Najbardziej do gustu przypadł mi kawałki grane w stylu Motörhead, czyli „We Got This” i „Halcyon”, oba pędzące jak rockandrollowa lokomotywa, z bardzo przyjemnymi wymianami wokali pomiędzy Chuckiem i Calico. Na drugim biegunie na plus znacząco wysuwają się dwie wolniejsze kompozycje – „Down” i „Follow the Bleed”. Nie mogę ich określić stricte mianem ballad, gdyż są to nadal dość ciężkie i przy tym mroczne utwory, budujące napięcie i ponury klimat, ale mają przy tym radiowy potencjał. Bardzo się cieszę, że i dla takiej muzyki Beastö Blancö znalazło trochę miejsca. Z bardziej typowych dla zespołu mocnych rockerów uwagę bez wątpienia zwracają „Perception of Me" i singlowy „The Seeker”, które w pełnej krasie ukazują talenty zaangażowanych muzyków, jak również walory produkcyjne, a przy tym skupiają się na głównym, rozrywkowym obliczu zespołu.

    Jak to często w ciężkim graniu bywa, Beastö Blancö nie stworzyło albumu przełomowego. Z drugiej jednak strony zespół nie skierował swoich kroków w ekstrema, które przeciętnemu miłośnikowi muzyki rockowej i metalowej odbierałyby całą przyjemność słuchania. Oprócz tego wyraźnie słychać, że grupa przy tym wydawnictwie przyłożyła się bardziej do produkcji, jak i samych kompozycji, co tylko wyszło im na dobre. Dość napisać, że niemalże skruszał mój lód względem debiutu ;).

    Michał Rulewicz
    (podniosle.blogspot.com)

autor: Michał Rulewicz

tagi: BEATO BLANCO / WE ARE / ALICE COOPER / RECENZJA / 2019

...

patronaty



partnerzy