logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
OSBOURNE, OZZY
No Rest For The Wicked
20.06.2002
Ocena:
  • Ciężko jest recenzować płyty, które się lubi do szaleństwa. Których ma się zarówno japońską reedycje w uroczym mini LP, jak i pierwsze wydanie CBS. Której motyw z okładki zdobi koszulkę, w której często chodzę. No tak, ciężko, skoro zamiast wstępu pisze się takie banialuki.

    KUP PŁYTĘ W ROCKSERWIS.PL

    Co jednak poradzić, kiedy kompletnie nie wiem co mogę napisać na minus dla tej płyty. Jedynie to chyba, że jest za krótka. Chociaż wtedy mogłaby stracić coś ze swojego uroku i dzikości. Nie. Jest dobrze. Te niecałe 44 minuty to w zupełności wystarczy. Zwłaszcza, gdy się słucha tego materiału bardzo głośno. Trochę więcej machania głową i grania na powietrznej gitarze mogłoby fundować częste wizyty w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym.

    Jest to bardzo niedoceniana płyta Ozzy Osbourne’a. Bardzo żałuję, że o wiele więcej mówi się i wspomina późniejszy „No More Tears” wydany na początku lat 90. Jest to moim zdaniem bardzo nieuczciwe i krzywdzące dla „No Rest for the Wicked” z 1988 roku.

    Młody Zakk Wylde jawi się tutaj jako świetnie zapowiadający się mag gitary, wirtuoz i sceniczny dzikus, mało co ustępujący swojemu przełożonemu. Ten krążek to jego trampolina do sławy i własnych, udanych muzycznych eksploracji. Do tego doświadczony basista Bob Daisley, stary współpracownik Ozzy’ego i Randy Castillo na perkusji.

    Powstała płyta diametralnie różna od poprzednika – „Ultimate Sin” (’86) był ociekający amerykańskim brzmieniem, mimo ciekawego materiału jednak oblepiony brokatem, którego Ozzy bardzo do dziś nie lubi, a „No Rest for the Wicked” to szorstki, wściekły rock and roll. W całych swoich 44 minutach ta płyta zachęca nas do szalonej zabawy.

    Tak naprawdę tylko „Fire In the Sky” przynosi nam trochę wytchnienia dzięki bardzo ładnym dźwiękom. Jest tutaj jako pół ballada, z natchnionym wokalem Osbourne’a i smaczkami w postaci brzdąknięć akustycznej gitary gdy w tle sączy się klawiszowy podkład. Poza tym – każdy kawałek to zapadający w pamięć riff i refren. Chyba najsłynniejszy z tej płyty „Bloodbath In Paradise” opisujący słynne morderstwo w domu Romana Polańskiego. Zaraz potem „Miracle Man”, przebojowy gwóźdź do trumny dla księdza Jimmy Swaggarta, bohatera sex afery w Ameryce w końcówce lat 80. Swoimi rozterkami na temat alkoholu Ozzy dzieli się w „Demon Alcohol”, bardzo chwytliwym i szybkim numerze. No i jak to szalony Osbourne – łamiący zasady w ciężkim, wolniejszym „Breaking All the Rules”.

    „No Rest for The Wicked” to płyta, którą Ozzy udanie zakończył muzycznie lata 80. Do równowagi psychicznej trochę jednak brakowało, alkohol cały czas lał się strumieniem jeszcze kilka lat, gdy dopiero po następnej płycie naszły go refleksje, by odrobinę zwolnić.
  • Fakt, pochłaniał jego ciut mniejsze ilości, nagrywał udane albumy, jednak żaden z nich nie mógł się już równać z stężeniem szaleństwa zawartym w „No Rest For the Wicked”. To płyta, która bardzo udanie łączyła emocje tych z początku solowej kariery z, wtedy, nowoczesnością nadchodzących lat 90.


autor: Adam Widełka

LISTA UTWORÓW

  • 1. Miracle Man 3:43
  • 2. Devil's Daughter (Holy War) 5:14
  • 3. Crazy Babies 4:14
  • 4. Breakin' All The Rules 5:14
  • 5. Bloodbath In Paradise 5:02
  • 6. Fire In The Sky 6:24
  • 7. Tattooed Dancer 3:53
  • 8. Demon Alcohol 4:27
  • 9. Hero 4:45
  • Bonus tracs:
  • 10. The Liar 4:29
  • 11. Miracle Man (Live) 3:47

tagi: OZZY / NO REST FOR THE WICKED

...

patronaty



partnerzy