logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
TOOL
Fear Inoculum
30.08.2019
  • Historia powstania i wydania piątego studyjnego albumu grupy Tool jest tak znana i wałkowana na wszystkie strony od wielu lat, a szczególnie teraz, gdy płyta ta w końcu się ukazała, że nie czuję nawet najmniejszej potrzeby, by przypominać wam, ile czasu minęło od ukazania się wydawnictwa poprzedniego, albo wspominać o tym, jak panowie bawili się uczuciami biednych fanów w ostatnich latach. Moimi się nie bawili. Nigdy nie byłem fanem zespołu Tool. Raczej obserwatorem doceniającym pewne elementy ich twórczości. Mają w dorobku rzeczy, które naprawdę mi się podobają i intrygują mnie za każdym razem, gdy po nie sięgnę (a nie dzieje się to zbyt często). Natomiast kłamałbym, gdybym twierdził, że kiedykolwiek wpadałem w zachwyt nad ich twórczością. Nowa płyta tego nie zmieni, ale choćby ze względu na ten tekst przesłuchałem ją w całości już więcej razy niż którąkolwiek z poprzednich.

    Ta płyta jest za długa. Wiem, że na to czekaliście, więc chciałem zasadniczą część tego tekstu zacząć właśnie tym oczywistym stwierdzeniem. Niemal 80 minut w wersji CD, kolejnych siedem w wersji cyfrowej… litości. Nie ukrywam, że to zawsze był jeden z głównych powodów tego, że jakoś nie zaiskrzyło pomiędzy mną a muzyką Toola. To są naprawdę ciekawe, intrygujące, pomysłowe rzeczy, ale ja jestem w stanie skupiać się na nich przez jakieś 40 minut. Potem zaczynam nerwowo zerkać na odtwarzacz i sprawdzać, ile jeszcze do końca. Tak było ze wszystkimi płytami tego zespołu, Fear Inoculum nie jest tu wyjątkiem. Trochę szkoda, bo tu naprawdę nie brakuje dobrego materiału z klasycznym toolowym klimatem. W tym zespole zawsze najbardziej fascynowało mnie to, że potrafią stworzyć coś niesamowicie ciężkiego, wcale nie masakrując słuchaczy natężeniem dźwięku czy gęstością aranżacji. Ciężar muzyki Toola wtedy robi największe wrażenie, gdy pochodzi z klimatu kompozycji. Na nowej płycie wzorcem takiego właśnie grania może być kompozycja Pneuma – mrok, niepokój, gęsty klimat, a przecież zespół wcale nie napieprza tu ile wlezie. To jednak nie ten numer jest moim ulubionym na płycie.

    Faworytów mam w zasadzie dwóch. Pierwszy to kapitalny singiel – utwór tytułowy, który otwiera album. Nie była to miłość od pierwszego odsłuchu, ale z czasem, po kilkunastu próbach, okazało się, że świetnie mi się tego słucha. Pewnie to, że ten właśnie numer słyszałem o wiele więcej razy niż całą resztę, miało znaczenie – w końcu głębsze zaznajomienie się z materiałem potrafi poważnie wpływać na opinię. Ale ten efekt powinien blaknąć po kolejnych odsłuchach całej płyty, tymczasem kompozycja tytułowa wciąż według mnie wyróżnia się na albumie choćby tym, że w tej mało w sumie przystępnej, mrocznej, trudnej muzyce jest na swój sposób niemal przebojowa, a na pewno wciągająca i atrakcyjna brzmieniowo.
  • Można narzekać, że panowie uprawiają tu mały autorecykling, no ale cóż – po tylu latach to prawie się nie liczy… Drugim z faworytów jest najdłuższy na płycie utwór 7empest – chyba najbardziej dynamiczna i treściwa pozycja w tym zestawie. Te trzy wspomniane numery trwają jakieś 38 minut. Gdyby dołożyli jeszcze jeden kawałek (ten najkrótszy) albo po prostu dorzucili te trzy instrumentalne przerywniki dostępne tylko w wersji cyfrowej, mielibyśmy absolutnie fantastyczną czterdziestokilkuminutową płytę, która pewnie biłaby się o czołówkę mojej tegorocznej listy ulubionych albumów. A tak to mamy jeszcze niemal 50 minut materiału, który absolutnie nie jest słaby, ale… no cóż, niestety jako całość mnie nudzi – zupełnie jak w przypadku poprzednich czterech płyt tego zespołu.

    Fear Inoculum to niemal (albo ponad) 80 minut wkręcania słuchacza mocnym, często łamanym rytmem. Mam wrażenie, że zespół prawie w każdym z podstawowych numerów próbuje podobnych sztuczek i po jakimś czasie staje się to nieco zbyt czytelne i przewidywalne. Przy tej długości płyty to nie pomaga. Oczywiście do samego wykonania nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń. Członkowie tego zespołu to muzyczni kosmici, a Danny Carey to perkusyjna bestia. Nawet jeśli długimi fragmentami można odnieść wrażenie, że przysypiał podczas sesji nagraniowych, nagle wchodzi z takim motywem, że człowiekowi podskakują wszystkie organy wewnętrzne. Natomiast mam wrażenie, że więcej tu perfectcircle’owego Maynarda niż Maynarda toolowego, choć moje przemyślenia w tym temacie mogą być zupełnie chybione, wszak znawcą twórczości żadnej z tych grup nie jestem.

    Nie wiem, czy ten album jest w stanie zmienić czyjąkolwiek opinię na temat tego zespołu. Może samo to, że wokół premiery płyty było tyle hałasu, przysporzy grupie nowych słuchaczy, którzy byli zbyt młodzi, by się zainteresować muzyką tej formacji 13 czy 20 lat temu, albo zwyczajnie jakoś wtedy ją przeoczyli. To całkiem możliwe. To były zupełnie inne czasy także w samym przemyśle muzycznym. Zupełnie inna epoka. Ale czy Fear Inoculum spodoba się komuś, kto niespecjalnie lubił poprzednie płyty Toola? Wątpię. A czy spodoba się starym fanom? A pewnie, czemu miałby się nie spodobać? Przecież mamy tu 100 procent Toola w Toolu. No chyba, że ktoś spodziewał się, że po tylu latach czekania zespół stworzy najgenialniejsze muzyczne dzieło wszech czasów – wtedy faktycznie rozczarowanie może przesłonić fakt, że to w gruncie rzeczy bardzo solidna płyta. No ale to fani rocka (choć zupełnie innego) przerabiali kilkanaście lat temu z pewną rockową chińszczyzną…

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: TOOL / FEAR INOCULUM / RECENZJA / 2019

...

patronaty



partnerzy