logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
MOSTLY AUTUMN
White Rainbow
01.03.2019
  • Nowa jesienna muzyka jesiennego zespołu ukazała się wiosną, ja jednak z jej rekomendacją cierpliwie poczekałem prawie do schyłku lata. Brytyjscy mistrzowie art rocka dumnie wkroczyli w trzecią dekadę, ale dają coraz mniej powodów do zachwytu. Cóż, dopadła ich rutyna i „sprzeciętnieli”, pisałem o tym kilka lat temu, że z artrockowych wirtuozów malujących wielobarwne, przestrzenne obrazy przeistoczyli się w rockowych rzemieślników pstrykających cyfrowe fotki, aczkolwiek poprzedni album Sight Of Day był zaskakująco udany i dawał nadzieję. Ponieważ twórczość Mostly Autumn to sinusoida (muzycy od dawna przeplatają dobre albumy słabszymi), teraz pora na drobny krok w dół. Czy takim krokiem jest krążek White Rainbow? Niekoniecznie. To bardzo ładna płyta. Może nieco monotonna pod względem kątem kompozycji, ale brzmieniowo jedna z lepszych w dyskografii zespołu.

    Folk jako taki nigdy mnie nie pociągał. Hasło folk rock jest lepsze – żeby błahe akustyczne piosenki o prostej rytmice miały sens i nie były smutnym rzępoleniem a la Blackmore’s Night, potrzeba odrobiny progrockowego szaleństwa. Im go więcej, tym lepiej, wtedy nagrania nabierają wyrazistości. Na White Rainbow tej wyrazistości nie ma zbyt wiele, ale poszczególnym nagraniom (zwłaszcza tym śpiewanym anielskim głosem Olivii Sparnenn) trudno odmówić uroku. Problem w tym, że są do siebie bardzo podobne i nieco nużą w takiej liczbie (album trwa 80 minut, a z bonusami wersji deluxe dwie godziny). Najlepiej wypadają Burn, Run For The Sun i Western Skies – trzy prawdziwe perełki z rozmarzonym wokalem Olivii, przy czym ta ostatnia nie wiedzieć czemu w połowie zmienia melodię i do końca pędzi na złamanie karku. Hardrockowy (jak na standardy Mostly Autumn) riff napędza utwór Into The Stars – niby nic wielkiego, ale miła odmiana pośród tych rozmemłanych usypiaczy. Ładnie wypada wieńczący całość Young z harmoniami wokalnymi Olivii i jej męża, założyciela i głównego kompozytora grupy Bryana Josha, zaś z 8 nagrań zawartych na rozszerzonej, limitowanej wersji albumu wymienię to najlepsze – Thanks. To podziękowanie jest nagrodą dla tych, co tak długo wytrwali. Warto było. Ten utwór Josha ze wspaniałą pracą gitar pasowałby jak ulał na The Wall Pink Floyd (przypomina Comfortably Numb – ten sam klimat, podobny pomysł, równie porywający finał gitarowy) i powinien kończyć album, a nie być jego odrzutem.

    Osobny akapit zostawiłem dla dwóch koronnych kompozycji na White Rainbow, które z założenia miały być jego główną atrakcją. Brytyjczycy są znani z długich, rozbudowanych, wielowątkowych kompozycji, które ugruntowały ich pozycję na wczesnym etapie kariery. I nie tylko, gdyż nawet dwa lata temu poprzednią płytę ozdobiły kompozycje Sight Of Day (14 minut) i Native Spirit (ponad 10) – obie znakomite, przemyślane i spójne.
  • Teraz też mamy dwa kolosy. Pierwszy 10-minutowy Viking Funeral na samym wstępie (po krótkim intro), dynamiczny neoprogresywny utwór z zaskakującym wyciszeniem w środku, który jednak ciągnie się bez końca i zwyczajnie nudzi. Drugi to trwająca 19 minut suita tytułowa o dość chaotycznej konstrukcji, której poszczególne elementy nijak do siebie nie pasują. Brak tu motywu przewodniego, dzieje się wiele, ale dzieje się bez sensu. Szkoda, bo dotychczas Mostly Autumn właśnie w tych długich nagraniach wypadał najlepiej. Nie tym razem.

    Mimo wszystko White Rainbow jako całość w zasadzie się broni. Dobrze się tego słucha, chociaż album byłby lepszy, gdyby trwał nieco krócej. Ładne, wpadające w ucho, pełne emocji piosenki, piękne solówki gitarowe i tylko kilka ostrzejszych momentów. Ale może właśnie tak nostalgicznie i kameralnie miało być, przecież płyta jest dedykowana zmarłemu dwa lata temu gitarzyście grupy Liamowi Davisonowi.

autor: Sławek Orski

tagi: MOSTLY AUTUMN / WHITE RAINBOW / RECENZJA

...

patronaty



partnerzy