logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
NUMIDIA
Numidia
07.01.2019
  • Numidia to sekstet z Sydney, który zadebiutował płytowo w styczniu tego roku albumem Numidia. W swojej muzyce formacja łączy elementy psychodeliczne i progresywne z pewną dawką folkowych klimatów – czy to w postaci motywów bliskowschodnich, czy kojarzących się być może nieco bardziej z plemiennymi, hipnotycznymi tańcami Australii i okolic. Choć debiutancki krążek zawiera zaledwie sześć kompozycji, to wystarcza, by z całą pewnością stwierdzić, że oto pojawiła się kolejna grupa z tego kraju, która może wkrótce całkiem mocno namieszać w podziemnej, psychodelicznej scenie nie tylko swojego kontynentu, lecz także Europy, wszak to tu prędzej czy później zjeżdżają na koncerty wszystkie wybijające się podziemne formacje z tych muzycznych rejonów.

    Sześć numerów, 40 minut kapitalnego grania. Głównie instrumentalnego. W zespole, według informacji z internetu, jest aż czterech muzyków śpiewających, ale wokalu na tej płycie nie ma zbyt wiele, a gdy już się pojawia, często przybiera formę wokaliz lub szczątkowych wokali w zupełnie nieznanym mi języku (a może i językach). To chyba dobrze, bo mam wrażenie, że jest to takie granie, w którym wokal sprawdza się dużo lepiej jako okazjonalne uzupełnienie instrumentarium, a nie czynnik pierwszoplanowy. Otwierają z przytupem, robiąc trochę hałasu na początku Türku, ale szybko przechodzą do konkretów, serwując chwytliwy motyw gitarowy, który prowadzi cały numer, oraz nieco brudu w tle. Numer niemal niepostrzeżenie przechodzi w Azawad – trochę bardziej przestrzenną kompozycję, w której pod gitarowymi zawijasami świetnie sprawdza się nienachalne tło klawiszowe. To w części pierwszej, bo w drugiej przechodzimy w klimaty plemienne z rytmiczną perkusją i kapitalnym, pulsującym basem oraz zaśpiewami w bliżej mi nieznanym języku. Można jednak odnieść wrażenie, że w tych dwóch pierwszych, bardzo udanych utworach, zespół jedynie się rozgrzewał, bo od kompozycji numer trzy formacja wchodzi na jeszcze wyższy poziom, z którego nie zejdzie aż do końca płyty.

    Dziewięciominutowe A Million Martyrs zaczyna się trochę niepozornie, ale fantastycznie się rozkręca, mieszając tajemnicze, hipnotyczne klimaty w stylu twórczości Lion Shepherd czy Agusy z motywami, które nie byłyby nie na miejscu na płycie The Doors, czy wreszcie elementami rocka progresywnego. Utwór tytułowy to być może numer, na który po pierwszym przesłuchaniu najszybciej zwraca się uwagę. Może to ze względu na to, że po dłuższej przerwie pojawia się tu wokal, może dlatego, że kawałek hipnotyzuje kapitalnym bliskowschodnim klimatem i dość chwytliwymi jak na taką muzykę motywami oraz efektowną partią gitary. Powiem więcej – w przypadku muzyki o takiej charakterystyce kompozycja tytułowa to w zasadzie materiał na przebój! Po niej fantastycznie schodzimy z intensywności na początku drugiego z długensów© – Red Hymn.
  • Klimat niczym z wczesnych utworów Santany, świetne tło robione przez instrumenty perkusyjne, kapitalne gitarowe zawijasy oplatające resztę instrumentarium, szczątkowy wokal i hipnotyczny rytm… A potem, mniej więcej w połowie, powoli zaczyna się to rozkręcać, wchodzi nieco cięższej gitary, a całość zmierza w kierunku klasycznych rockowych brzmień. Gitarzysta wyczynia tu cuda w temacie ekspresji, wchodząc przesterowanym brzmieniem trochę w rejony Maggot Brain. Po tak dużej intensywności zamykające album Te Waka jest niczym spokojne zejście na ziemię i wyciszenie wszystkich emocji, która pojawiły się przy odsłuchu poprzedniej kompozycji.

    Numidia to debiut, który każe pokładać w australijskiej formacji olbrzymie nadzieje. Oczywiście nie mówię tu o sukcesie mainstreamowym, bo taki nigdy z taką muzyką nie będzie jej udziałem, ale przy odrobinie szczęścia może być to zespół, który wkrótce będzie regularnie objeżdżał Europę, ogrywał się pewnie z początku w małych, a z czasem w nieco większych klubach, występował może najpierw przed bardziej znanymi kolegami, a za jakiś czas już w roli głównej atrakcji, ale przede wszystkim zdobywał coraz liczniejsze grono fanów. Zasługują na to. Ich debiutancka płyta niezbicie dowodzi, że jest w tej formacji naprawdę duży potencjał.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: NUMIDIA / RECENZJA / 2019 /

...

patronaty



partnerzy