logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
LUCY IN BLUE
In Flight
12.04.2019
  • Dawno już minęły czasy, gdy muzycznie Islandię kojarzyliśmy tylko z Bjӧrk i jej osobliwą elektro-pop-awangardą. Ostatnie lata przyniosły nam całkiem spore grono tamtejszych wykonawców, którzy znakomicie radzą sobie zarówno na scenie pop-rockowej, jak i w klimatach hard rocka, psychodelii czy stonera. To, że ktoś gra tam właśnie tak jak Lucy in Blue, absolutnie mnie nie dziwi. Zdziwiło mnie trochę, że aż tak bardzo polubiłem ich drugą płytę, choć w zasadzie nie powinno, bo to przecież znakomita muzyka, w dodatku mocno trafiająca w mój gust. A jednak miałem pewne obawy przed pierwszym odsłuchem. Niepotrzebnie.

    In Flight, podobnie jak wydany pod koniec 2016 roku debiut Islandczyków, w warstwie graficznej trzyma się stylistyki morskiej. W sumie nic dziwnego, wszak ojczyzna muzyków jest wodą otoczona. Jest też dość długimi okresami chłodna, wietrzna, śnieżna i z pozoru nieprzystępna. I takie też cechy często utożsamiamy z muzyką z tego kraju, a na In Flight jest zupełnie inaczej. Album od pierwszego odsłuchu zauroczył mnie głównie ciepłem zawartej na nim muzyki. A muzyki tej jest w sumie nieco ponad 40 minut i jest ona podzielona na osiem ścieżek. Z wyjątkiem dwóch kompozycji nie są to długie numery. Podzielona na dwie części kompozycja Alight bardzo delikatnie wprowadza nas w klimat tworzony przez kwartet. Nawiązując do tytułów kompozycji i płyty oraz konstrukcji krążka, to niezwykle spokojny start. Taki, przy którym dopiero po wyjrzeniu przez okno samolotu zauważamy, że oderwaliśmy się już od ziemi. Spokojne tempo, klawiszowy kosmos, szczątkowy grupowy wokal w części pierwszej oraz więcej dynamiki i rockowego czadu w części drugiej. Poprzeczka na sam start ustawiona wysoko. A dalej wcale nie jest gorzej. W Respire dominuje kapitalny, tajemniczy klimat, budowany głównie przez bardzo spokojne tempo i fantastyczne tło klawiszowe. Piękna melancholia bez przesadnego nadęcia, może i nieco momentami zbyt blisko podchodząca pod brzmienie wczesnych Crimsonów, ale kto z nas nie lubi, jak czasem współczesny zespół puści oko do fanów klasyki? Byle nie mrugał bez przerwy.

    Ciekawym zwrotem akcji okazuje się Matricide, w którym panowie serwują nam niemal hardrockowy motyw, ale kapitalnie przefiltrowany przez psychodelię. No i jest cowbell! A do tego pod koniec nieco więcej mocy, co sprawia, że z każdym kolejnym utworem album staje się coraz bardziej różnorodny. Po dynamicznym i głośnym zakończeniu Matricide zupełnie niepostrzeżenie przechodzimy do kontrastującego z nim bardzo subtelnego i oszczędnego Nuverandi, który czaruje pięknymi klawiszowymi pejzażami na tle dostojnej pracy sekcji rytmicznej. Całkiem możliwe, że to mój ulubiony fragment tej płyty. Oczywiście gdyby cała tak brzmiała, pewnie zanudziłbym się na śmierć, ale zestawiona z dynamiką utworu poprzedniego i zwariowanymi, niemal skocznymi motywami numeru kolejnego, ta kompozycja brzmi fantastycznie.
  • Wspomniany kolejny utwór to szalone, instrumentalne Tempest (czyli wchodzimy w strefę turbulencji, ale w takie to ja mogę wpadać podczas każdego lotu), świetnie kontrastujące z leniwym, najdłuższym na płycie utworem tytułowym, który fenomenalnie się snuje, co jakiś czas dokładając odrobinę gęstości i mocy do aranżacji. Skojarzenia z Echoes wydają się dość oczywiste, ale w żadnym razie nie zakłócają odbioru. Kończący album On Ground, będący tak naprawdę nieco przedłużonym outrem, pięknie sprowadza nas na ziemię po tym fascynującym locie, podczas którego dzięki muzycznej opowieści Islandczyków mieliśmy okazję podziwiać piękne widoki, choć przecież przyswajaliśmy je zmysłem słuchu, a nie wzroku. Magia muzyki.

    Miałem pewne obawy przez bliższym zapoznaniem się z tym albumem. Słyszałem sporo głosów zachwytu muzyką Lucy in Blue, ale były to głosy ze strony osób, które słuchają przede wszystkim klasycznego rocka progresywnego, a mnie z tą muzyką akurat niespecjalnie często jest po drodze. Po prostu bardzo często muzyczna pompa i nadmiar aranżacyjnych ozdobników zniechęcają mnie do niektórych kompozycji i zespołów z progrockowego kanonu. Bałem się, że to będzie kolejny zespół próbujący brzmieć jak Pink Floyd, King Crimson, Genesis czy Camel. I choć faktycznie elementy klimatu twórczości niektórych z wymienionych zespołów są zdecydowanie obecne w muzyce Lucy in Blue, w żadnym momencie nie dominują i nie pozbawiają islandzkiego kwartetu własnej tożsamości, a przede wszystkim nie zabierają mi przyjemności ze słuchania tej płyty. In Flight to piękny, niezwykle klimatyczny album, który – mam nadzieję – wkrótce zapewni grupie spory rozgłos w Europie. Oczywiście nie mówię tu o mainstreamie, bo to muzyka zupełnie niemainstreamowa. Ale progresywno-psychodeliczne podziemie z pewnością ich doceni.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: LUCY IN BLUE / IN FLIGHT / RECENZJA / 2019 /

...

patronaty



partnerzy