logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
TIM BOWNESS
Flowers At The Scene
1.03.2019
Ocena:
  • Pierwsza od ponad dekady współpraca Tima Bownessa i Stevena Wilsona za kilka dni ujrzy światło dzienne. Chodzi o No Man? Nie, mam na myśli piąty solowy album wokalisty projektu, który jest początkiem nowego muzycznego rozdziału w jego karierze. Zaintrygowani?

    To pierwsza od 2001 roku i wydania "Returning Jesus" płyta, na której artysta zrywa z pomysłem koncept-albumu. "Flowers At The Scene" to jedenaście krótkich, osobnych historii, z których najdłuższa trwa około pięć minut, tworzących spójną muzyczną całość, obfitującą w nietypowe rozwiązania brzmieniowe. Autor tekstów i multiinstrumentalista śpiewa i gra w nich nie tylko na gitarze, lecz także na ukulele i trąbce.

    Stworzenie tak bogatego aranżacyjnie albumu nie byłoby jednak możliwe bez udziału znakomitych gości i współpracowników. Ich lista jest imponująca. W nagraniach udział wzięli: wokaliści Peter Hammill (Van der Graff Generator), Andy Partridge (XTC), Kevin Godley (10cc), basista Porcupine Tree i O.R.k. Colin Edwin, wspierający go w sekcji rytmicznej David K Jones, Jim Matheos z Fates Warning, David Longdon z Big Big Train, Brian Hulse grający na gitarze, perkusiści Tom Atherton, Charles Grimsdale i Dylan Howe, australijski trębacz Ian Dixon, skrzypaczka Fran Broady oraz odpowiedzialny za aranżacje instrumentów smyczkowych Alistair The Curator Murphy. Całość zmiksował Steven Wilson, a produkcją wraz z Bownessem zajął się wspomniany już Brian Hulse. W masteringu muzykom pomógł także Steve Kitch z Pineapple Thief, a całość dopełniła oprawa graficzna autorstwa Jarroda Goslinga.

    Rozpoczynająca wydawnictwo "I Go Deeper" przykuwa uwagę słuchacza zapadającym w pamięć gitarowo-perkusyjnym wstępem, klawiszowym pejzażem i delikatnym przejściem w refrenie. Jak mówi Tim Bowness było to jedno z ostatnich nagrań, jakie stworzył na płytę. Kontynuuje wypowiedź następująco: "Napisałem go minionego lata wspólnie z włoskim muzykiem Stefano Panunzi do filmu. Oryginalna wersja utrzymana była w duchu nagrań No-Man i Porcupine Tree, ale postanowiłem ją przearanżować i zupełnie zmieniłem instrumentarium. Sekcję rytmiczną nagrali Colin Edwin i Tom Atherton, a Brian Hulse wzbogacił kompozycję przepiękną gitarową solówką." To bardzo dobre wprowadzenie w nastrój płyty, balansujący na granicy balladowej melancholii i popowej lekkości, doprawiony odrobiną przebojowości i mroku.

    "The Train That Pulled Away" czaruje pełną nadziei, pogodną melodią instrumentów smyczkowych i marszowym rytmem perkusji, by zaskoczyć w drugiej części psychodeliczną partią klawiszy. "Rainmark" natomiast ujmuje bajkowym brzmieniem instrumentów dętych toczących dialog z gitarami przywodzącymi momentami na myśl twórczość U2. Czwarty "Not Married Anymore" to przykład klasycznej wrażliwości Bownessa.
  • Delikatna elektronika i snujące się sennie gitary wprowadzają w nostalgiczny nastrój i świetnie sprawdzają się jako towarzysze wieczornego relaksu. Z kolei tytułowe nagranie zwraca uwagę jazzowym, basowo-fortepianowym początkiem, z minuty na minutę zyskując nieco więcej przebojowości.

    Mroczny, tajemniczy "It's The World" z udziałem Petera Hammilla i Stevena Wilsona to moim zdaniem najciekawszy fragment płyty. Szkoda, że trwa zaledwie trzy minuty. Muzyczną podróż kontynuuje elektroniczny "Borderline". "Ghostlike" początkowo przywodzi na myśl Depeche Mode, w dalszej części intrygując połamanym rytmem. Kontrastuje z nim ulotny i delikatny "The War On Me", mogący z powodzeniem pełnić rolę kołysanki. Kolejną przeciwwagę słuchacz otrzymuje zaś w nieco coldplayowym "Killing To Survive". Czterdziestodwuminutowy album wieńczy fortepianowa kołysanka "What Lies Here" z uroczymi chórkami Kevina Godleya i gitarowymi smaczkami Andy'ego Partridge'a.

    Jak mówi Tim, "Flowers At The Scene" początkowo miał być nieco dłuższy i w ostatecznej wersji zabrakło dwóch utworów - progresywnej kompozycji w duchu poprzednich płyt artysty, w tworzeniu której wziął udział między innymi wybitny klawiszowiec Adam Holzman oraz najbardziej popowej piosenki od czasów "Only Baby" z repertuaru No Man. Dlaczego? Artysta tłumaczy to następująco: "Gdy tworzę płytę zawsze nagrywam to, co chcę, starając się spojrzeć na projekt obiektywnie. Chciałem, by album trwał od 38 do 45 minut, ponieważ uważam, że długość wydawnictwa ma wpływ na intensywność odczuwania muzyki, a przede wszystkim dlatego, że odpowiednia długość sprzyja wysłuchaniu całości. Osobiście wolę odczuwać niedosyt i chęć ponownego odsłuchu niż zmęczenie i znudzenie."

    Na szczęście obie kompozycje mają się ukazać jeszcze w tym roku na dodatkowej, siedmiocalowej, winylowej EPce.

    Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość. Nie bez przyczyny kilkukrotnie w tym tekście wspominałam o No Man. Zapowiadając piąte solowe dzieło Tim w swoim pamiętniku na stronie internetowej powiadomił o trwających już pracach nad nowym wydawnictwem duetu - ma się ukazać pod koniec 2019 roku. Podobno wspólne sesje ze Stevenem Wilsonem były dla obu artystów bardzo owocne. Czekacie?



    (blog autorki: https://miedzyuchemamozgiem.blogspot.com)
autor: Aleksandra Wojcińska

tagi: TIM BOWNESS / NO-MAN

...

patronaty



partnerzy