logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
RIVAL SONS
Feral Roots
25.01.2019
  • Bałem się tej płyty. Bałem się jak diabli. Skąd się wziął ten strach? No cóż, grupa po siedmiu latach wydawania muzyki w Earache przeniosła się do wielkiej wytwórni. Choć bezpośrednim wydawcą jest Low Country Sound, czyli mały label założony i prowadzony przez „szóstego Syna”, producenta wszystkich płyt grupy, Dave’a Cobba, należy on do Elektry, czyli wydawcy wielkiego i niezwykle zasłużonego. A wielcy i zasłużeni wydawcy chcą przebojów, wysokiej sprzedaży i wielkiej popularności grup, w które inwestują. Zeszły rok przyniósł kilka rozczarowań w przypadku świetnie zapowiadających się zespołów z podobnej muzycznej półki, które niestety zechciały za bardzo przebić się do mainstreamu i znacznie uprościły i „upopowiły” swoją twórczość. Teoretycznie wiedziałem, że przecież Rival Sons są od nich dużo bardziej doświadczeni i raczej nie dadzą na sobie wymóc złagodzenia i wygładzenia brzmienia, ale pewien niepokój jednak się tlił. Tym bardziej, że pierwszy singiel – Do Your Worst – niestety zdawał się potwierdzać moje obawy. Niby brzmiało to w porządku, ale refren był tak oderwany od reszty utworu i tak nachalnie przebojowy, że zgrzytało mi to okrutnie od pierwszego odsłuchu. Back in the Woods, wydane jako drugi utwór zapowiadający płytę, poprawiło sytuację jedynie nieznacznie. I to był ten moment, kiedy pogodziłem się z tym, że może to nie być moja płyta roku. Na szczęście później było już tylko lepiej.

    Singiel trzeci wlał w moje fanowskie serce sporo nadziei, bo kompozycja tytułowa okazała się znakomitym numerem nieco w stylu Zeppelinowej „Trójki”. Brzmienie oparte w dużej mierze na gitarze akustycznej, fantastyczny, klimatyczny wstęp, refren zapadający w pamięć, ale nie wpadający w melodyjny banał, kapitalne perkusyjne wypełnienia, świetny „elektryk”, jak zawsze pełen pasji głos Jaya Buchanana, który drzeć się potrafi, ale tu śpiewa dużo spokojniej, oszczędniej. Wyszło znakomicie. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych kompozycji na płycie. Dobrą passę podtrzymał czwarty utwór opublikowany przed premierą krążla – Look Away. Także bazujący na brzmieniach akustycznych, klimatem w początkowej fazie zahaczający o psychodeliczny folk, potem zaś – w części elektrycznej – kapitalnie łączący ciężar ze znakomitą melodią refrenu. Klasyczne Rival Sons.

    Wyszło zatem przedpremierowo takie „fifty-fifty”. Z całą płytą jest na szczęście jednak lepiej. Co prawda początek mnie nie zachwyca, bo tam właśnie mamy dwa pierwsze single, przedzielone w dodatku numerem Sugar on the Bone, który również mnie nie powalił (trochę zbyt dużo łomotu i w sumie nigdzie to nie prowadzi), ale po pierwsze te trzy początkowe kompozycje są najkrótsze na płycie, a po drugie tuż po nich całość nagle wchodzi na dużo wyższy poziom począwszy od wspomnianych singli numer cztery i trzy.
  • W dodatku prędko z tego niezwykle wysokiego poziomu nie schodzi, bo kolejny utwór – Too Bad – to najlepsza rzecz na tej płycie i czołówka w dyskografii tej formacji. Sabbathowski riff, który natychmiast zostaje w głowie, gęstość, ciężar, intensywność, moc, a do tego fantastyczna melodia, no i naturalnie mistrzowskie wykonanie. Gdyby ktoś poprosił mnie o zrobienie krótkiej składanki pokazowej, której celem miałoby być zachwycenie potencjalnego nowego słuchacza Rival Sons, albo przekonanie malkontenta, który twierdzi, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku nikt nie gra dobrego rocka, wybrałbym ten utwór. Stood by Me nie jest już może kompozycją tego kalibru i o takim ciężarze gatunkowym, ale to świetny numer na luzie w stylu Good Things, który fani zespołu na pewno pokochają.

    Płyta na moment traci nieco impet przy kolejnych trzech numerach. O ile środkowy – All Directions – znakomicie się rozkręca i po dość spokojnym i niepozornym początku aż kipi intensywnością pod sam koniec, o tyle w Imperial Joy mimo niezłych motywów dominuje chaos, a End of Forever, choć proponuje w dorobku Rival Sons coś nowego brzmieniowo, nie jest chyba najbardziej udanym eksperymentem w historii zespołu. Ta ostatnia z trzech wspomnianych kompozycji ma jednak potencjał przekonania mnie do siebie, zwłaszcza kontrastem brzmieniowym i przyjemnymi „orientalizmami” gitarowymi. Na szczęście samo zakończenie płyty znowu oferuje coś niezwykłego, nietuzinkowego i po prostu nowego. Ostatnie kompozycje na płytach Rival Sons zawsze różniły się od reszty na danym krążku. Tak jest w zasadzie już od płyty debiutanckiej, a już na pewno od Pressure and Time. To za każdym razem były albo numery dłuższe i bardziej złożone na płytach zdominowanych przez szybkie strzały, albo wręcz przeciwnie – kawałki akustyczne i proste na albumach, na których rządziło mocniejsze brzmienie. Czasami też zespół nieco odważniej brnął w eksperymenty brzmieniowe na sam koniec płyty. Tu zespół proponuje nam rockowe gospel w postaci Shooting Stars. Po pierwszych odsłuchach nie miałem pojęcia, co myśleć o tej rivalowej wariacji na temat Zegarmistrza światła, ale w pewnym momencie w końcu coś między nami zaiskrzyło. Jeśli ktoś potrafi spokojnie wysiedzieć przy tym numerze i nie śpiewać z zespołem lub nie wykonywać mniej lub bardziej skoordynowanych ruchów biodrami i kończynami, to gratuluję. Ja nie potrafię. Fantastyczne zakończenie płyty, które musi zapewnić jej dodatkowe punkty za pozostawienie świetnego wrażenia po skończonym odsłuchu.

    To nie będzie moja ulubiona płyta Rival Sons. Nie będzie jej nawet w czołowej trójce. Ale to głównie „wina” kapitalnej konkurencji. Chyba mam po prostu zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do tych najbliższych mi formacji.
  • Ale powoli godzę się chyba z tym, że być może ten zespół już nigdy nie zachwyci mnie tak jak na Great Western Valkyrie. W końcu ile razy można nagrywać moją ulubioną płytę XXI wieku? Od Riverside – drugiej formacji z mojego obecnego rockowego topu – też nie wymagam już, żeby zachwycali mnie za każdym razem jak przy ADHD. Podobnie jak – przechodząc do klasyków sceny rockowej – nie spodziewam się kolejnej płyty rangi Ten od Pearl Jamu. Ale jestem przekonany w każdym z tych trzech przypadków, że kolejne płyty nigdy nie zejdą poniżej pewnego – bardzo wysokiego – poziomu. Feral Roots to potwierdza. To nie jest album wybitny, ale wciąż jest to poziom dla większości współczesnej sceny rockowej nieosiągalny. Wróćmy jeszcze na moment do mojego pierwszego tekstu na moim blogu. Wciąż podtrzymuję to, co wtedy napisałem. Za 15 lat spodziewam się zespołu wśród nominowanych do Rock and Roll Hall of Fame. Nie widzę wśród współczesnych rockowych i rockandrollowych formacji ze stażem do dziesięciu lat żadnej innej, która zasługiwałaby na to miano. Mimo znakomitej sceny retrorockowej zarówno w Europie, jak i w Ameryce Północnej oraz Australii, Rival Sons wciąż są daleko z przodu – nie tylko dlatego, że kapitalnie przenoszą nas w dawne czasy, gdy ludzie podobno walczyli z dinoz… hmm no może nie w aż tak dawne, ale dość jednak z naszej perspektywy odległe, lecz także robią to wszystko po swojemu, wykraczając daleko poza strefę retro nostalgii. To grupa z własnym stylem. To po prostu obecnie najlepszy rockowy/rockandrollowy zespół na świecie.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: RIVAL SONS / FERAL ROOTS / 2019 / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy