logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
THE VINTAGE CARAVAN
Gateways
31.08.2018
  • Zacznę nietypowo. Na samym końcu wydania kompaktowego czwartej płyty bardzo lubianego przeze mnie i obserwowanego bacznie już od dobrych czterech lat islandzkiego tria The Vintage Caravan mamy jedenasty numer – The Chain. Odważnie. Oryginał to jeden z najlepszych i najbardziej chwytliwych rockowych kawałków w historii, w dodatku coverowano go już mnóstwo razy. Panowie nie pokombinowali tu raczej ze strukturą kompozycji – nie wywrócili tego numeru do góry nutami. Zagrali dość wiernie oryginałowi, z odrobiną dodatkowego ciężaru. I nawet jeśli z oczywistych powodów brakuje ciężaru gatunkowego i iskier w powietrzu (nic nie pobije Stevie Nicks i Lindseya Buckinghama wykrzykujących sobie niemal prosto w oczy pełne pretensji słowa tego numeru we wczesnych wykonaniach koncertowych, tuż po ich rozstaniu, które miało zresztą miejsce w okolicy nagrywania wersji studyjnej), to tej nowej wersji słucha się cholernie dobrze. To dobry, dość bezpieczny cover genialnego numeru. W dodatku był katalizatorem tego, że przez większość czasu w ostatnich tygodniach słuchałem wyłącznie różnych koncertowych wersji tego utworu w wykonaniu Fleetwood Mac. Ostatni tak silny przypadek Syndromu Zapętlenia Jednego Utworu miałem z 12 lat temu, kiedy przez jakieś 40 godzin słuchałem na zmianę tylko dwóch wersji (studyjnej i unplugged) Down in a Hole Alice in Chains… Sami więc widzicie, że nie dało się zacząć tego tekstu inaczej.

    No tak, na płycie jest jeszcze dziesięć innych, tym razem autorskich kompozycji Islandczyków… No cóż, sami są sobie winni, że wzięli się za jeden z moich ulubionych numerów. Na szczęście ich własne kawałki jak zawsze także trzymają poziom. Tym razem może mniej na tej płycie psychodelicznych odjazdów, a więcej treściwego, gitarowego grania, ale na pewno każdy fan dotychczasowych albumów The Vintage Caravan znajdzie tu coś dla siebie, bez względu na to, za co wcześniej polubił ten zespół. Bardzo daleko zresztą panowie od wcześniejszych płyt nie odchodzą. Dominuje mocny, ale melodyjny hard rock, stanowiący połączenie klasycznych sabbathowych riffów i polotu rocka alternatywnego lat 90. Numery otwierające album – Set Your Sights, The Way i Reflections – to jest to, na czym islandzkie trio od początku buduje swoją pozycję na rockowej scenie i idzie mu to bardzo sprawnie. Nie one jednak są moimi ulubionymi na nowej płycie.

    Po tej dynamicznej trójce świetnie sprawdza się początek On the Run – dużo spokojniejszy, oszczędniejszy. I choć numer dość szybko się rozkręca, to jednak wyraźnie zmierza w nieco inne rejony. Mniej tu mocnego łojenia, więcej uwagi poświecono melodii. To takie trochę połączenie Wishbone Ash z Thin Lizzy, choć w żadnym momencie nie przypomina żadnego konkretnego utworu któregokolwiek z tych zespołów.
  • To niewątpliwie chronologicznie pierwszy z najjaśniejszych punktów tej płyty. W All This Time chłopaki poszli w nieco bardziej podniosły klimat – przyszło mi do głowy coś, co wieki temu robili Scorpionsi, zanim dopadł ich wirus pościelozy. Zresztą w ogóle mam wrażenie, że po tych pierwszych kilku numerach, w których zespół ewidentnie chciał zaszaleć i na dzień dobry przyłożyć słuchaczowi riffem w pysk, potem muzycy grają z większym polotem, bardziej różnorodnie i momentami nawet przebojowo, zdecydowanie z korzyścią dla płyty. Drugim ze wspomnianych najjaśniejszych punktów płyty jest Reset – kawałek z pozoru niespecjalnie wyróżniający się na tle innych, ale chwila instrumentalnego szaleństwa sprawia, że nie da się nie zwrócić uwagi na tę kompozycję. A już chwilę później kolejny mocny moment – Nebula. Ponownie utwór może nieco mniej szalony, za to taki, który świetnie się rozwija. Jak wspomniałem, mniej może na tej płycie dłuższych rozwinięć instrumentalnych, próżno szukać na Gateways kompozycji o długości The King’s Voyage czy Winter Queen, ale jednak tradycyjnie album (w wersji bez wspomnianego coverowego dodatku) kończy najdłuższy numer w zestawie – niemal siedmiominutowe Tune Out. I tradycyjnie jest to kompozycja zupełnie inna niż reszta płyty – dużo spokojniejsza, lżejsza, z bardzo przyjemnym „kołyszącym” klimatem. Do tego mały cytat z (Don’t Fear) The Reaper, który bardzo umila te ostatnie minuty z Gateways.

    Warto wspomnieć, że choć zespół nie odchodzi daleko od brzmienia poprzednich płyt, mam wrażenie, że ten album jest najbardziej dopracowany pod względem produkcji a także wokalu. Óskar jest obdarzony dość charakterystycznym głosem, dość wysokim, ale bardzo przyjemnym dla ucha. Może nie powala wszechstronnością, ale słychać, że z płyty na płytę rozwija się jako wokalista, co też z pewnością jest sporym plusem tego wydawnictwa. To nie jest raczej płyta przełomowa, The Vintage Caravan nie przedstawiają tu niczego, za co nie braliby się już na poprzednich albumach, ale to kolejny bardzo solidny krążek Islandczyków, którego świetnie się słucha. Nie zamierzam narzekać, choć jednocześnie nie kryję, że chciałbym na kolejnej płycie usłyszeć może jakieś choćby pojedyncze wycieczki w rejony, których grupa do tej pory raczej nie eksplorowała. Na razie jednak z chęcią będę wracał do Gateways, bo to po prostu dobra płyta dobrego zespołu – cztery kolejne albumy na tym poziomie absolutnie nie mogą być przypadkiem.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: THE VINTAGE CARAVAN / GATEWAYS / HARD ROCK / RECENZJA / 2018

...

patronaty



partnerzy