logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
URIAH HEEP
Living the Dream
14.09.2018
  • O historii Uriah Heep nie ma sensu się rozpisywać. Jeśli ktoś o nich nie słyszał, to najwyraźniej zabłądził i trafił tu przez przypadek. Jeszcze dekadę temu można było pytać „czy oni jeszcze żyją?”, ale od wydania płyty Wake the Sleeper los znowu uśmiechnął się do doświadczonej formacji, ponownie pozwalając Uriah Heep na zapełnianie sporych klubów i na występy na dużych scenach największych europejskich festiwalach rockowych. Płyty Into the Wild i Outsider pomogły podtrzymać dobrą passę, podobnie jak udane (liczne) koncertówki i dwa albumy autocoverowe wydane w ostatnich latach. Grupa nie boi się grać na żywo nowych numerów, wymieszanych w koncertowych setach z klasykami sprzed 40 czy niemal 50 lat, co też na pewno wpływa korzystnie na znajomość nowego materiału wśród często dość konserwatywnych fanów starego rocka. Living the Dream z pewnością tej dobrej passie nie zaszkodzi.

    Na nowym albumie znalazło się dziesięć numerów trwających w sumie 52 minuty. Mamy tu kilka krótkich rzeczy, szybkich trzyipółminutowych strzałów, ale zespół zadbał także o tych fanów, którzy mają dużo czasu i wcale nie zależy im, żeby kompozycje kończyły się zbyt szybko. W dodatku nie jest to wydłużanie czasu trwania numerów na siłę, bo zdecydowanie najdłuższy kawałek na płycie – ośmiominutowe Rocks in the Road – to jednocześnie najlepsza kompozycja na Living the Dream, którą można śmiało stawiać obok najlepszych numerów Uriah Heep w XXI wieku. I już choćby to daje przewagę nowej płycie nad albumem poprzednim, który był bardzo solidny, ale trudno było tam znaleźć numery wybijające się. Rocks in the Road to kapitalny powrót do czasów, gdy zespół budował wielowątkowe kompozycje. Pierwsze minuty na to nie wskazują, bo to mógł być równie dobrze czterominutowy, dynamiczny strzał, ale całkowite złamanie tempa w trzeciej minucie i poprowadzenie kompozycji w kompletnie inne niż początkowo rejony sprawdziło się wyśmienicie. Co dziwne, drugą najdłuższą kompozycją jest jeden z singli – Take Away My Soul. Oczywiście zazwyczaj grany w stacjach radiowych w nieco krótszej, specjalnie przygotowanej wersji singlowej, co jednak nie zmienia faktu, że wybór sześciominutowego nagrania do promocji płyty jest dość odważny. Tu już jest dużo bardziej tradycyjnie, dynamicznie i przebojowo, choć naturalnie z mnóstwem miejsca na instrumentalne pojedynki Micka Boxa i Phila Lanzona.

    To generalnie jest płyta, która szybko wpada w ucho i to dzięki dobrym melodiom, a nie chwytliwym plastikowym plamom klawiszowym, jak to bywało na płytach Heep 30 lat temu. Lanzon od lat chętniej używa Hammondów niż przekleństw techniki lat 80.
  • , co ma kapitalny wpływ na brzmienie grupy. A Box – no cóż… Box to Box. Niedoceniany dziś często czarodziej gitary, który ma chyba wbudowany w mózg generator świetnych rockowych riffów. Tak naprawdę jednak każdy z muzyków formacji dokłada tu sporo od siebie, bo nie da się ukryć, że za odrodzeniem Uriah Heep stoi w dużej mierze niezwykle dynamiczny perkusista Russell Gilbrook, a i grający z grupą od kilku lat basista Davey Rimmer znakomicie wpasował się w ten styl współczesnego Heep i wraz z Gilbrookiem tworzy kapitalną sekcję rytmiczną. Lata mijają, a Bernie Shaw wciąż dysponuje jednym z najbardziej charakterystycznych głosów we współczesnym hard rocku. To szósty w historii wokalista Uriah Heep, ale przecież śpiewa w tym zespole od 32 lat, czyli jakieś dwa razy dłużej niż poprzednia piątka… razem wzięta. Living the Dream to także jego kolejny popis.

    Wróćmy do utworów. Numer tytułowy to kapitalne, podniosłe, soczyste rockowe granie, nieco w stylu współczesnego Deep Purple. Oczywiście Heep często byli określani mianem ubogich krewnych Purpli, z czym kompletnie się nie zgadzam, bo jednak brzmienie tych zespołów zawsze dość sporo dzieliło, ale tu faktycznie takie porównanie wydaje się uzasadnione. Jest moc. Dominację dynamicznych, wpadających w ucho numerów potwierdzają Grazed by Heaven (napisane przez Rimmera, z tekstem wciąż mocno niedocenianego wokalisty Jeffa Scotta Soto), Knocking at My Door czy Goodbye to Innocence. Gdyby jednak ktoś potrzebował chwili wytchnienia od tego gęstego, klasycznego hardrockowego łojenia, to znajdzie ją w Waters Flowin’, które dobrze wpasowuje się w długą tradycję numerów Heep opartych w mniejszym lub większym stopniu na akustycznych brzmieniach. Kiedyś na pewno było ich więcej. Teraz trafiają się rzadko, ale jednak całkiem nie zniknęły z repertuaru grupy.

    Living the Dream nie jest oczywiście płytą w żaden sposób przełomową. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest to album dość bezpieczny, ale przecież nikt chyba nie spodziewał się po Uriah Heep jakiejś wolty na tym etapie kariery. To czwarty bardzo solidny album od czasu odrodzenia grupy dekadę temu – cała czwórka to według mnie najlepsze płyty Heep od odejścia z grupy wokalisty Johna Lawtona pod koniec lat 70. Panowie niewątpliwie trzymają poziom i z każdym kolejnym krążkiem udowadniają, że do plastikowego brzmienia, które serwowali fanom w latach 80. i na początku 90., już wracać nie zamierzają. Czy to najlepszy z tych czterech nowych albumów w najnowszej historii grupy? Nie wiem. Wciąż chyba najwyżej cenię Wake the Sleeper, ale może to też kwestia ówczesnego zaskoczenia, a także sentymentu, a ten drugi czynnik w przypadku Living the Dream ma prawo zadziałać dopiero za jakiś czas.


autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: URIAH HEEP / LIVING THE DREAM / 2018 / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy