logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
Onségen Ensemble
Duel
06.06.2018
  • Fińska formacja Onségen Ensemble określana jest jako zespół grający rock progresywny. Nie lękajcie się jednak. Jeśli ta łatka kojarzy wam się z nudziarstwem, zbyt długimi solówkami i przerostem wszystkiego nad wszystkim, to spieszę donieść, że w przypadku tej grupy jest inaczej. Ja nazwałbym ich twórczość „muzyką niełatwą”. To może wcale nie uspokoić części z was, ale lepiej oddaje zawartość nowej płyty formacji. Zadebiutowali dwa lata temu albumem Awalaï, natomiast w czerwcu tego roku światło dzienne ujrzało wydawnictwo numer dwa – Duel. Muzycy ponownie serwują nam czterdzieści kilka minut materiału podzielonego na niezbyt wiele dość długich, złożonych kompozycji.

    Skład nagrywający pod tym szyldem nie jest stały, to raczej grupka osób z północy kraju, które akurat znalazły się w tym samym czasie i miejscu i zechciały wspólnie pograć. Choć muzycy w różnych kombinacjach osobowych pracowali pod tą nazwą już kilkanaście lat temu, na efekty tej pracy w postaci studyjnych nagrań trzeba było poczekać. Przez grupę przewinęło się już sporo osób, wywodzących się w dodatku z różnych muzycznych „bajek” – od post-rocka przez progresję, stoner po jazz czy nawet black metal. Skoro skład na obu płytach mocno się różni, różni się też nieco klimat muzyczny, choć oba wydawnictwa łączy wysoki poziom wykonawczy i trudna do zdefiniowania atmosfera.

    Na 43 minuty muzyki składa się zaledwie pięć kompozycji. Poza utworem tytułowym wszystkie znacznie wykraczają czasem trwania poza rozpiętość uwagi przeciętnego słuchacza stacji komercyjnych, więc raczej nie polecajcie tego wydawnictwa znajomym, którzy lubią trzyminutówki z łatwym do zapamiętania refrenem. Pierwsze minuty płyty w postaci Think Neither Good Nor Evil dają niezłe pojęcie o tym, czego oczekiwać po tej płycie. To muzyka, która pewnie całkiem nieźle sprawdziłaby się w jakimś eksperymentalnym filmie. Orientalne motywy, fragmenty jakiegoś mówionego tekstu, chóralne wokalizy i gęsty, tajemniczy klimat tworzony przede wszystkim dzięki gitarze, a do tego pojawiające się w dalszej fazie partie fletu i instrumentów dętych przemieszane z kosmicznymi klawiszowymi odjazdami. Trudno doszukać się tu powtarzalności poza ewentualnym czasowym zapętlaniem motywów granych przez sekcję rytmiczną. Ciągle dzieje się coś nowego, a muzyka jest tyleż niełatwa, co intrygująca i w pewien sposób wręcz monumentalna. Utwór tytułowy – jedyna niezbyt długa kompozycja w zestawie – zaskakuje iście filmowym rozmachem i przestrzenią brzmienia. I znowu kapitalne, wzięte rodem z nawiedzonego, pogańskiego folku, wokalizy w tle (tu nawet pojawia się tekst, choć jest podany w takiej formie, że bez podpowiedzi w internetach trudno go było zrozumieć), które idealnie pasują do dynamiki kompozycji.


  • Dogma MMXVIII rozpoczyna się solidnym jazz-rockowym jazgotem ze stemplem jakości King Crimson. Wysunięta perkusja kapitalnie napędza ten numer, uzupełniana kosmicznymi dźwiękami i fantastyczną partią dęciaków. Ależ to brzmi! A potem nagle wszystko to szybko zaczyna zmierzać w nieoczekiwanym kierunku. Kapitalne połączenie brzmień plemiennych i klimatycznego jazzu – niczym rytuał voodoo odprawiany w goszczącym jedynie wtajemniczonych tubylców zadymionym klubie w piwnicy kamienicy przy jakiejś bocznej paryskiej uliczce. Zderzenie dwóch niby odmiennych światów, które w magiczny sposób fantastycznie się łączą. A potem znowu powrót do crimsonowych szaleństw. Pierwszorzędnie się to rozkręciło! Po tak intensywnym numerze delikatny, tajemniczy, mistyczny niemal początek Three Calls of the Emperor’s Teacher jest strzałem w dziesiątkę. Skojarzyło mi się z pierwszą płytą Agusy, tylko z dodatkiem chóralnych wokaliz. Równie tajemniczo i klimatycznie rozpoczyna się zamykające płytę Zodiacal Lights of Onségen, ale tu już grupa nie idzie w klimaty etniczno-folkowe, a raczej w monumentalne, gitarowe klimaty filmowe, choć w żadnym momencie nie przesadza z intensywnością, pozostawiając sporo przestrzeni. Dobrze jednak, że po bardziej klimatycznych numerach, trafiło się coś cięższego pod koniec, żebyśmy mogli sobie przypomnieć, że przecież mocniejszych fragmentów na tym albumie absolutnie nie brakuje.

    Duel jest nieco jak okładka tego wydawnictwa – intrygujące, mroczne, tajemnicze, piękne w sposób trudny do zdefiniowania. To jedna z tych płyt, których nie da się konkretnie zaszufladkować. Mamy tu i psychodelię, i jazz, i post-rock czy rock progresywny, nieco orientu, folku, filmowego rozmachu, ale i kilka mięsistych, hardrockowych riffów. A wszystko to wymieszane i podane w taki sposób, że żaden z tych elementów nie dominuje, ale i żaden nie sprawia wrażenia niepasującego do reszty. Z pewnością jest to jeden z najbardziej intrygujących albumów, jakie przesłuchałem w tym roku. Może nie będzie to płyta, po którą będę sięgał szczególnie często, bo to raczej nie jest album na każdy nastrój, ale jestem przekonany, że każdy odsłuch pozostawi mnie z poczuciem, że absolutnie nie zmarnowałem ostatnich czterdziestu kilku minut. A jak przyjdzie do robienia listy ulubionych płyt wydanych w 2018 roku, na pewno sobie o Duel przypomnę.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: ONSEGEN ENSEMBLE / DUEL / RECENZJA / 2018

...

patronaty



partnerzy