logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
IAN GILLAN AND THE JAVELINS
Ian Gillan and the Javelins
31.08.2018
  • Ian Gillan to wokalista, który oczywiście musi kojarzyć się przede wszystkim z najbardziej znanym (oraz kilkoma mniej znanymi) składem Deep Purple. W końcu jego staż w grupie to już niemal 40 lat. Ale Gillan to także artysta o wielu muzycznych twarzach. Wydawał przecież zarówno płyty metalowe, jak i jazz-rockowe. Śpiewał chwilowo w Black Sabbath, ma na koncie płytę z masą zaproszonych sławnych gości, na której zręcznie żonglował gatunkami, do tego pracował swego czasu jako narrator przy dokumencie o Chopinie. Wszechstronny chłop. Za sprawą płyty projektu Ian Gillan & the Javelins poznajemy kolejną z tych twarzy lub też masek, w dodatku tę, którą „założył” na samym początku.

    Gillan śpiewał z The Javelins na długo zanim dołączył do Deep Purple. Zespół, jak wiele innych, grał covery popularnych wówczas numerów. Było ładnie, melodyjnie i do tańca. Szybszego lub wolniejszego. Typowy band na potańcówki. Jednak w pierwszym okresie działalności grupa nie wydała żadnej płyty i rozpadła się w 1964 roku. Nagrania „oszczepów” ukazały się dopiero w latach 90. O ile wokalistę trudno posądzić o obijanie się w międzyczasie, o tyle większość jego dawnych kolegów raczej nie funkcjonowała w przemyśle muzycznym. Nic więc dziwnego, że gdy padł pomysł wydania nowej płyty, koledzy potrzebowali nieco czasu, żeby się rozruszać. Po opracowaniu listy kompozycji, które znajdą się na albumie, a także przygotowaniu aranżacji z pomocą współpracującego z Gillanem gitarzysty Steve’a „nie Morse’a” Morrisa, panowie dostali kilka tygodni na „dojście do formy” przed wejściem do studia.

    Czasu nie marnowali, bo płyty Ian Gillan & the Javelins słucha się bardzo przyjemnie. To w zasadzie parada hitów z lat 50. i 60. Niektóre do dziś są znane i lubiane, jak choćby Do You Love Me (niewątpliwie drugie życie temu numerowi zapewnił soundtrack do Dirty Dancing), Rock and Roll Music (takich klasyków nie da się nie znać, jeśli ma się jakiekolwiek pojęcie o rock n’ rollu czy muzyce rockowej), Another Saturday Night (w oryginale Sam Cooke, ale najbardziej znana jest chyba wersja Cata Stevensa z 1974 roku), Smokestack Lightnin’ (klasyk bluesa autorstwa Howlin’ Wolfa) czy odświeżone kilka lat temu przez „doktora House’a” Hallelujah I Love Her So. Większości pozostałych macie prawo nie pamiętać, jeśli nie osiągnęliście jeszcze wieku emerytalnego (i to tego z poprzednich przepisów). Wszystkie podane w przyjemnej, „potańcówkowej” formie przez śpiewającego dużo spokojniej niż w Purplach zawodowego rockowego wokalistę, jego kolegów-amatorów, którzy w ostatnim półwieczu instrumenty w rękach trzymali raczej od święta, a także gościnnie przez kolegę Gillana z Purpli, klawiszowca Dona Aireya.
  • Jest miło, sympatycznie, nostalgicznie, bardzo sprawnie i poprawnie, choć oczywiście bez jakichkolwiek szaleństw czy eksperymentów. Ot, starsi panowie postanowili sobie dla przyjemności jeszcze coś razem pograć i to wydać. Oczywiście nikt by się taką płytą nie zainteresował, gdyby nie nazwisko wokalisty. Kto wie, może muzycy tej formacji nienazywający się Gillan dostaną dzięki tej płycie mały zastrzyk gotówki, który na emeryturze pozwoli żyć nieco wygodniej.

    Nie oszukujmy się. To album z gatunku „nostalgicznych”. Raczej nie dla fanów Deep Purple, choć i ta grupa przecież czasami zapuszcza się w te rejony czy to na ostatnich płytach (It’ll Be Me) czy na koncertach (dawniej Lucille, obecnie fragmenty Green Onions). To raczej album dla rówieśników Gillana, którzy dorastali na przełomie lat 50. i 60. i pamiętają te utwory z czasów, kiedy święciły triumfy na listach przebojów, a oni sami bawili się przy nich na potańcówkach. Teraz mają okazję przypomnieć je sobie w lekko odświeżonych, choć wciąż brzmiących jak „z epoki” wersjach, z nieco już zmęczonym wokalem jednego z najwybitniejszych „krzykaczy” w historii rocka. To już nie jest „ojcowski rock”, a raczej „dziadkowe rockabilly”, choć sympatyczne. Na imprezy „w klimatach” jak znalazł i to chyba jest główne przeznaczenie tej płyty, no bo nie wmówicie mi, że 73-letni facet śpiewający teksty dla nastolatków nie wywołuje lekko szyderczego uśmiechu na waszych twarzach.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: IAN GILLAN / IAN GILLAN AND THE JAVELINS / DEEP PURPLE / 2018 / PREMIERA / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy