logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
FRIENDSHIP
Ain't No Shame
25.05.2018
  • Historia poznania przeze mnie tej formacji przedstawia się następująco. W zeszłym roku w trakcie robienia wspólnych zakupów z kilkoma znajomymi osobami w jednym z moich ulubionych internetowych sklepów płytowych, jedna z tych osób zamówiła pierwszy krążek norweskiej formacji Friendship. „To dobre jest”, usłyszałem. Dobre i tanie, bo płyta po ostrej przecenie kosztowała ze dwa albo trzy euro. Za takie pieniądze mogę wziąć niemal w ciemno (no, jednak polegając na zdaniu osoby, która jest pewniakiem w kwestiach muzycznych). Zamówiłem i dla siebie, posłuchałem i faktycznie – dobre to jest! Dlatego po album numer dwa, wydany niedawno krążek Ain’t No Shame, sięgałem już z pewnymi oczekiwaniami i w pełni świadomie. W pełni świadomie także go polecam.

    Are you ready? Yes, I Am! – pytają i zaraz odpowiadają za mnie muzycy. Nie mam im tego za złe, bo nie mijają się w tej odpowiedzi z prawdą. Co więcej, oprócz tego, że jestem ready, jestem też całkiem happy z właściwego początku albumu, czyli numeru Gypsy, który wita nas dynamicznie, ze sporym udziałem instrumentów perkusyjnych kapitalnie podkręcających rytm. Nie jest to pewnie najlepszy kawałek o tym tytule w historii rocka (konkurencja jednak dość spora…), ale z miejsca daje dobre pojęcie o tym, czego spodziewać się dalej. I już w tym pierwszym pełnoprawnym numerze słychać, że to płyta, na której nie będzie jednej „gwiazdy”. Każdy z trójki muzyków ma tu spore pole do popisu, więc oprócz kapitalnie napędzającej wszystko perkusji mamy także cholernie dobre basowe pętelki i fantastyczne wstawki gitarowe (a także bardzo solidny, rockowy wokal perkusisty grupy). Inaczej na tej płycie nie będzie. Każdy numer to bardzo przyjemne granie na wysokim poziomie. Czasem nieco spokojniej (numer tytułowy, który oszczędne aranżacyjnie zwrotki ładnie łączy z nieco intensywniejszymi „refrenami”, niemal najdłuższe na płycie, bardzo subtelne i spokojne Moments czy też ten najdłuższy – wieńczący album – utwór Truth in Your Lies, który przez cztery i pół minuty pięknie sunie w klimatach niespokojnego bluesa, a w drugiej połowie ożywia się i wchodzi w rejony lekko psychodelicznego, rockowego jazgotu), a czasem mocniej lub po prostu bardziej żywiołowo, z nutką rockowego, woodstockowego w klimatach szaleństwa (luzackie Harmony Turns to Sound ze świetnymi wstawkami dęciaków i hendrixowską solówką, Fire, którego dynamiczny główny motyw jest jakby wyjęty z ostatniej płyty Rival Sons, czy fantastyczne Live Peacefully, które zaskoczyło mnie rytmami rodem z wczesnych płyt Santany).

    Ain’t No Shame to kapitalne rockowe brzmienie, ale także płyta, dzięki której doświadczymy różnych odmian rockowego brzmienia i różnych muzycznych klimatów.
  • To album, który z pewnością przypadnie do gustu tym, którzy uwielbiają granie z przełomu lat 60. i 70. – zarówno to o charakterze bardziej bluesowym lub blues-rockowym, jak i to mocniej zmierzające w kierunku rockowej psychodelii. Dla zwolenników dobrego, żywiołowego, oldschoolowego rocka z gościnnym udziałem instrumentów dętych i pierwiastkiem latynoskich brzmień od czasu do czasu jest to w tym roku pozycja obowiązkowa.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: FRIENDSHIP / AIN'T NO SHAME / 2018 / RECENZJA / RETRO ROCK / HARD ROCK /

...

patronaty



partnerzy