logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
LUNATIC SOUL
Under the Fragmented Sky
25.05.2018
  • Historia jest już znana wszystkim zainteresowanym, więc w olbrzymim skrócie: to miał być rok Riverside (chociaż Chińczycy twierdzą, że psa), a w strefie oznaczonej tabliczką z napisem „Lunatic Soul” miało się dziać raczej niewiele. Zostały jakieś pomysły niewykorzystane w trakcie sesji nagraniowej do płyty Fractured, więc Mariusz Duda postanowił nadać im ostateczny kształt i wydać na singlu. Z singla szybko zrobiła się EP-ka, a z EP-ki w zasadzie pełnowymiarowy album. Po drodze w internecie pojawił się ładny diagram przedstawiający pewne zależności pomiędzy dotychczasowymi płytami Lunatic Soul, z którego wynika, że jeszcze na dwa wydawnictwa pod tym szyldem możemy liczyć. Do tego jednak dojdziemy kiedy indziej. Teraz przewijamy życie do końcówki maja i oto mamy Under the Fragmented Sky – płytę Lunatic Soul, której miało nie być. Ale jest. I jak dobrze, że jest.

    Nie spodziewajcie się tu kontynuacji Fractured. Co prawda część utworów faktycznie miała swój początek w trakcie sesji do tego albumu, a sama płyta jest niejako suplementem Fractured, ale nie bez powodu tamte nagrania na płytę ostatecznie nie trafiły. Jeśli mam porównać Under the Fragmented Sky do wcześniejszych wydawnictw sygnowanych tą nazwą, to jest to dla mnie mieszanka brzmień z Impressions i Walking on a Flashlight Beam. A że obie bardzo lubię (ba, ta druga to chyba moje top 10 wszech czasów), spodziewajcie się w dalszym ciągu tego tekstu zachwytów. Ostrzegałem. Osiem numerów i 36 minut muzyki. W większości są to kompozycje instrumentalne, choć jak na płytę niemal w całości wypełnioną tego typu utworami, jest tu zaskakująco dużo głosu. To, co właśnie napisałem, może zostać uznane za sprzeczność, ale spokojnie – już wyjaśniam. Mariusz bardzo często „dośpiewuje” coś w tle – to nie są konkretne słowa, raczej oszczędne wokalizy uzupełniające od czasu do czasu instrumentarium (np. kapitalne zabawy wokalem w końcówce The Art of Repairing). Faktyczny wokal i tekst jest tylko w ostatniej, znanej już wszystkim kompozycji singlowej – Untamed – a także w utworze tytułowym i w mocno szczątkowej formie w Trials.

    Płyta rozpoczyna się znakomicie. He av en to nie tylko mój ulubiony numer z tej płyty, ale i jedno z ulubionych nagrań Lunatic Soul. Absolutnie genialny początek, który natychmiast skojarzył mi się z muzyką grupy Goblin do horrorów Dario Argento. Może i cały utwór oparty jest na jednym motywie, ale za to jego wariacje i kolejne dodawane ozdobniki sprawiają, że całość pięknie narasta i przede wszystkim wprowadza kapitalny klimat od pierwszych fragmentów albumu. Misję stopniowego wkręcania słuchacza w muzykę poprzez dźwiękową hipnozę kontynuuje podszyte delikatną elektroniką, tajemnicze Trials.
  • Piękna, akustyczna, półtoraminutowa miniaturka Sorrow jest niejako wstępem do utworu tytułowego – przyjemnie bujającego i także zdominowanego przez gitarę akustyczną. I – przepraszam, serio – ale ta kapitalna partia wokalna rozpisana na kilka „głosów” (choć wszystkie wydobyte z jednego gardła) przywiodła mi w pewnym momencie na myśl Heartattack in a Layby. Przepraszaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaam (w ramach ubolewania idę uderzyć się małym palcem u stopy o kanciastą nogę od szafki). Ale przyjemne kołysanie po kilku minutach nagle dobiega końca i wracamy do klimatów z horrorów Argento, co bardzo przyjemnie spina nam klamrą tę pierwszą część płyty.

    Część drugą niezwykle klimatycznie rozpoczyna Shadows – zresztą tytuł dobrany idealnie do klimatu, bo próżno szukać na tym krążku mroczniejszych brzmień niż w tej właśnie kompozycji. Rinsing the Night rozjaśnia nieco brzmienie i wraz z The Art of Repairing przenosi nas bliżej muzyki znanej z Eye of the Soundscape. To jeden z tych momentów, gdy linia pomiędzy twórczością dwóch projektów, na czele których stoi Duda, jest najbliższa zatarcia, choć oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że Eye of the Soundscape jest raczej słabo reprezentatywne (mówiąc delikatnie) dla całości dokonań Riverside. No i wspomniany singiel na koniec – aż mam czasami wrażenie, że nieco „odlepiony” od reszty płyty, choć może to kwestia odzwyczajenia się od wokali i „piosenkowości”. No i w sumie można spojrzeć na to z jeszcze innej strony – po kilkudziesięciu minutach niezwykle klimatycznej podróży przez „mroki i kosmosy”, mamy nagły powrót do „normalności”, przebudzenie i czas na analizę tego dziwnego snu.

    Po premierze pierwszego singla – Untamed – byłem optymistą. Po odsłuchu całej płyty okazało się, że gdybym miał uszeregować nagrania z tego krążka pod względem tego, jak bardzo mi się podobają, Untamed zamykałoby stawkę, tak jak zamyka album. Tu po prostu nie ma słabych rzeczy, a całości słucha się niezwykle dobrze. Na Fractured były znakomite fragmenty, ale jako całość jest to płyta, do której z całej dyskografii Lunatic Soul wracam najrzadziej. Nie potrafię się zachwycić nią aż tak jak pozostałymi. Z Under the Fragmented Sky od pierwszego odsłuchu kilku utworów podczas przedpremierowego spotkania z Mariuszem kilka tygodni temu czuję więź jako odbiorca-słuchacz. Jeśli czuje się coś takiego przy pierwszym zetknięciu się z danymi dźwiękami, to zawsze dobry znak. Tego uczucia nie zastąpi słuchanie płyt po raz pięćdziesiąty w desperackiej próbie polubienia ich i zrozumienia. Tutaj zero tego typu wysiłku z mojej strony.
  • Nadaję z tą płytą na jednej częstotliwości.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: LUNATIC SOUL / MARIUSZ DUDA / RECENZJA / 2018 / UNDER THE FRAGMENTED SKY / RIVERSIDE /

...

patronaty



partnerzy