logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
STEVEN WILSON
Kraków, ICE
7.04.2015
  • Zanim Steven Wilson przywitał się z publicznością zgromadzoną w krakowskiej sali ICE, wizualizacjom przedstawiającym rozświetlające się blokowisko, towarzyszyły pierwsze dźwięki "First Regret". Od minimalistycznego, transowego brzmienia rozpoczęło się widowisko - bo w takich kategoriach należy oceniać występy Wilsona - ponad dwugodzinny, audiowizualny show, w którym dźwięk, słowo i obraz współistnieją w nierozerwalnej, logicznej historii.

    Publiczność z entuzjazmem przyjęła zapowiedź prezentowania materiału z najnowszej solowej płyty Stevena, "Hand. Cannot. Erase". Nic dziwnego, bo choć od jej premiery minęło stosunkowo niewiele czasu, słuchacze albumowi już wystawili piątkę z plusem. No... w przeważającej większości, bo i takich, którym nowe, nieco subtelniejsze brzmienie "jeżozwierza" niekoniecznie przypadło do gustu, nie brakuje. Ci jednak, którzy tegoroczną propozycję Wilsona darzą entuzjazmem, koncertowymi wersjami powinni poczuć się aż nadto usatysfakcjonowani. Historia gubienia się w tłumie jest nie tylko chwytem marketingowym, ale koncepcją bardzo mocno związaną z samą muzyką, czemu dowód dawały wizualizacje... czy też może po prostu film, który wyświetlany był za sceną. A film wciągał, trudno było czasem podjąć decyzję, czy patrzeć na scenę, czy na ekran. Dobrym rozwiązaniem może być więc pójście na dwa koncerty Wilsona: na jednym obejrzymy wideo, na drugim przyjrzymy się muzykom. Ale żarty na bok - sęk w tym, że wizualna strona koncertu Wilsona jest szalenie istotna, a muzyka w połączeniu z pieczołowicie przygotowanym obrazem zyskuje na znaczeniu podwójnie.

    Steven Wilson w kontakcie z publicznością pozwolił sobie na odrobinę sentymentu, przede wszystkim wyjaśniając tematy powracające w jego życiu, jako songwritera. Takim wstępem poprzedził przejmujące wykonanie (i ponownie, z równie przejmującą animowaną wizualizacją) "Routine", "Lazarus" z repertuaru Porcupine Tree czy "Harmony Korine", przed którym wrócił wspomnieniem do czasów rozwoju sceny shoegaze'owej, którą kompozycja jest inspirowana.

    Wydawało się, że proporcjonalnie do trwania koncertu, do jego rozwoju, w szeregach zespołu Wilsona robiło się coraz luźniej. W tym sensie, że po formalnie zwartych, konkretnych wykonaniach "Hand. Cannot. Erase" czy "Perfect Life", w kolejnych częściach występu muzycy jakby swobodniej poruszali się w muzyce, głębiej w nią wchodzili niczym w transie. Wynika to pewnie z "ogrania" materiału, ale udzielało się i publiczności - mimo filharmonijnych warunków ICE, co poniektórzy w lożach kiwali czuprynami ryzykując bolesne zderzenie czoła z barierką. Robiło się mroczniej, bardziej soczyście, intensywnie.

    I wszystko było by w najlepszym porządku, bezbłędne niemal, gdyby nie nagłośnienie sali. ICE jest kongresówką, nie ma więc akustyki siedziby NOSPR-u, ale wydaje mi się, że odrobina zejścia z wolumenu na mikserze pozwoliłaby na przyjemniejsze obcowanie z muzyką Wilsona. Momentami cienka granica za "przyzwoitym brzmieniem" i "potrzebną rockową ścianą dźwięku" była przekraczana, przez co traciliśmy kontakt z muzyką, a zaczynaliśmy topić się w huku i jazgocie, bez selektywności dźwięku.
  • Szkoda zwłaszcza instrumentalnych solówek, których czasem trzeba się było domyślać.

    Steven Wilson zostawił Kraków z akordami "The Raven That Refused To Sing". Mocne to było i przenikliwe. I tak, mimo problemów z nagłośnieniem, zapamiętamy krakowski koncert "jeżozwierza". "Kruk nas zmiażdzył" - napisał ktoś na Facebooku. Jakby tam był.

autor: Kaśka Paluch, rockerwis.fm

Galerie

Steven Wilson Kraków, ICE / Łódź, Wytwórnia 7-8.04.2015

więcej >

tagi: STEVEN WILSON / KRAKÓW / ICE / PORCUPINE TREE / PROG ROCK

...

patronaty



partnerzy