logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
THE TEMPERANCE MOVEMENT
A Deeper Cut
16.02.2018
  • The Temperance Movement to bardzo dobry zespół. Uznałem, że warto to na początku tego tekstu podkreślić, choćby po to, żeby rozwiać wasze wątpliwości, jeśli nie mieliście jeszcze okazji trafić na ich muzykę. Brak decyzji o szybkim nadrobieniu tej zaległości byłby głupotą. To też chciałbym od razu podkreślić. Brytyjska formacja gra na luzie, z takim czujem, że ręce same składają się do oklasków, do tego ma kapitalnego wokalistę, który na żywo robi z publicznością, co chce. A właśnie. Koncerty. Te zespół The Temperance Movement gra absolutnie fenomenalne. To też zdecydowanie trzeba podkreślić. Czasem, co pewnie też jest warte podkreślenia, bardzo dobre zespoły, które grają fenomenalne koncerty, nagrywają z jakiegoś powodu słabe płyty. To nie jest jeden z tych przypadków.

    Dwa lata po premierze kapitalnej drugiej płyty White Bear Brytyjczycy wracają z albumem numer trzy – A Deeper Cut. Jeśli chodzi o strukturę, to nie ma większych zmian: niecałe trzy kwadranse, 12 raczej dość krótkich i nieprzesadnie skomplikowanych numerów w klimatach różnych. Trochę wolniej, trochę szybciej, trochę ciszej, trochę głośniej. Na papierze sztampa, ale jak oni zaczynają grać i śpiewać, to… No bajka, no. Siłą tego zespołu jest łatwość, z jaką tworzy fantastyczne melodie, lekkość ich kompozycji, dobry nastrój, w jaki od razu wprowadzają słuchaczy. Bez względu na to, czy chcą grać nieco ciężej, czy lżej. A akurat na nowej płycie grają dość często lżej. Owszem, zaczynają dość dynamicznie i nawet w miarę głośno, bo krótkie, singlowe Caught in the Middle podrywa na nogi od pierwszych sekund i idealnie nadaje się do radia – dobry rytm, chwytliwy refren, rockowy groove, prosta konstrukcja. Kapitalne otwarcie płyty. Dość dynamicznie i rockowo jest też w drugim numerze – Built-in Forgetter, w którym wyróżnia się przede wszystkim mocny wokal Phila Campbella oraz kapitalna gitara. Również trzeci utwór – Love and Devotion – zapewnia solidną dawkę przyjemnego, melodyjnego łomotu. Ale potem momentami robi się już znacznie spokojniej, bardziej klimatycznie, chwilami nawet popowo.

    Pierwszym zwiastunem zmiany obranego kierunku jest utwór tytułowy – bardzo subtelny w aranżacji, niemal ogniskowy w charakterze, pięknie zaśpiewany, z wpadającym w ucho refrenem. Another Spiral natychmiast zachęca do lekkiego kołysania się, zaś Beast Nation mimo dość mocnego rytmu, zaskakuje klimatami modern country. Z kolei w Children dominuje prosty podkład perkusyjny i fortepian, a całość to chyba jedyny moment tej płyty, w którym klimat robi się nieco bardziej melancholijny, bo to chyba była największa zmiana na tym krążku. Na poprzednich płytach zawsze trafiał się numer pokroju I Hope I’m Not Losing My Mind, który odciągał nas nieco od tego pogodnego, dość pozytywnego, rytmicznego grania.
  • Tu ono zdecydowanie dominuje, nawet w tych spokojniejszych numerach, dlatego dobrze, że jednak mamy pod koniec płyty tę chwilową odmianę.

    Nie pomyślcie jednak, że taki miły „kołysankowo-ogniskowy” klimat dominuje już do końca albumu. Wraz z Backwater Zoo wracamy do soczystego, rytmicznego grania, przy którym ciężko usiedzieć na miejscu i które czerpie w równej mierze z rocka, co ze starego dobrego r&b. Bardzo w swoim stylu panowie grają w The Way It Was and the Way It Is Now. Po paru sekundach człowiek łapie się na tym, że kiwa się na boki, a przy drugim refrenie zaczyna już podśpiewywać pod nosem – a wszystko to przy akompaniamencie klasycznie brzmiących gitar oraz niezwykle sprawnej i czującej taką muzykę sekcji rytmicznej (nic zresztą dziwnego, skoro basista TTM spędził kilka lat w grupie Jamiroquai, która zdecydowanie słynie z grania opartego na kapitalnej sekcji rytmicznej). Moim cichym faworytem powoli staje się jednak chyba najbardziej… popowy numer na płycie – There’s Still Time. Jestem w stanie wyobrazić sobie taki kawałek w rotacji na playliście komercyjnych stacji czy na płycie jakiegoś gwiazdora pop z wyższej półki (tak, tacy istnieją). Serio, serio. I wiecie co? Nie mam z tego powodu absolutnie żadnych wyrzutów sumienia, bo słucha się tego fantastycznie, a melodyjność i prostota tej kompozycji urzekają z każdym odsłuchem coraz bardziej. To musi wyjść na singlu. Po tym jeszcze tylko bujando w postaci The Wonders We’ve Seen i dotarliśmy do końca tego bardzo przyjemnego albumu.

    To chyba najlżejsza i najbardziej piosenkowa płyta w dotychczasowej karierze The Temperance Movement. Przy pierwszych 2-3 odsłuchach nie byłem w stanie stwierdzić, czy mi taka konwencja odpowiada, ale potem zacząłem się do tego przekonywać i teraz jestem już całkowicie kupiony tym, co panowie wymyślili na A Deeper Cut. Nawet jeśli nieco częściej wchodzą w spokojne klimaty, czasem niemal popowe lub z kategorii modern country, to ja w ich wykonaniu taką muzykę akceptuje bez żadnego „ale”. The Temperance Movement prawdopodobnie poznałem przez związki z Rival Sons (obie formacje wydawał Earache) i bardzo chciałbym, żeby zespół stawał się równie popularny, co amerykańscy koledzy, bo na pewno na to zasługuje. Wydali już trzy płyty i każda z nich jest fantastyczna, do tego grają obłędnie dobre koncerty (widziałem – wiem). Nie ma żadnego logicznego powodu, żeby nie znał ich cały świat. Powodów logiki pozbawionych jest oczywiście całe mnóstwo, ale mam nadzieję, że wbrew nim jednak wypłyną na jeszcze szersze wody i także w naszym kraju doczekają się sporej rzeszy fanów. Kilka lat temu grali u nas dla garstki osób. Kilka dni temu w Warszawie było już pod tym względem o wiele lepiej.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: THE TEMPERANCE MOVEMENT / A DEEPER CUT / RECENZJA / 2018 / ROCK /

...

patronaty



partnerzy