logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
BIRTH OF JOY
Hyper Focus
16.02.2018
  • Niespełna dwa lata minęły od mojego pierwszego kontaktu z muzyką holenderskiego tria Birth of Joy. Poznałem ich kilka miesięcy po premierze ich czwartej płyty – Get Well – która oczarowała mnie fantastycznym połączeniem elementów soczystego hard rocka i nieco kosmicznej psychodelii. Rok 2018 panowie przywitali premierą następcy Get Well – albumu Hyper Focus. Pewne rzeczy się zmieniły – zwłaszcza balans między ciężarem, a wspomnianą klimatyczną psychodelią – a inne pozostały bez zmian – na przykład wysoka jakość muzyczna.

    Na Hyper Focus składa się dziesięć kompozycji oraz trzy krótkie instrumentalne przerywniki/łączniki. Na początku nie do końca wiedziałem, jaka jest ich funkcja na tej płycie, ale szybko da się zauważyć, że fragmenty płyty oddzielane kolejnymi miniaturkami tworzą jednak w pewnym sensie odrębne całości. Album jest w dużej mierze bardziej intensywny niż Get Well. Owszem, na poprzedniej płycie były cięższe, klasycznie hardrockowe fragmenty, ale zostały one wymieszane z klimatycznymi, psychodelicznymi kawałkami. Tu soczysty gitarowo-organowy hard rock dominuje, co na pewno nie wychodzi tej płycie na złe. I właśnie mocno, hardrockowo, intensywnie zaczynają w Join the Game, utworze tytułowym i You Are Many. Jeśli ktoś potrzebuje kopa i szybkiego postawienia na nogi, to początek tej płyty zrobi to kapitalnie, nie unikając jednocześnie dobrych melodii i wpadających w ucho motywów. Jest moc, jest groove, a w ostatnim z tych utworów jest także mały orientalny smaczek organowy. W tej pierwszej części panowie zdecydowanie postawili na intensywność.

    Przerywnik numer jeden wprowadził nieco spokoju i dał moment na złapanie oddechu. Zasygnalizował także poniekąd pewną zmianę brzmienia, bo otwierające część drugą płyty Riff Raff – choć też dość intensywne – w większym stopniu nawiązuje do brzmienia poprzedniego krążka. Więcej tu przestrzeni, większy nacisk położony jest na mocny rytm, a nie tylko moc brzmienia. W jeszcze inne rejony zabiera nas Forenoon. Podstawa jazzowa, ale polewa w klimatach lekkiej psychodelii – efekt wyśmienity! Także jazzowe motywy całkiem sprawnie Birth of Joy łączy z potężnym, wręcz monumentalnym, rockowym brzmieniem w Witches Hammer, które kończy tę drugą część albumu.

    Przerywnik drugi to mieszanka rytmów plemiennych i chaotycznego jazgotu w tle. Czy to jakaś zapowiedź tego, co za moment usłyszymy? Nie, spokojnie. Wraz z Let It Slide wracamy do dynamicznego, pełnego energii hard rocka. Główny riff grany na organach, szalone tempo, prosty, chwytliwy refren i obłędne brzmienie. Dla odmiany początek Sypdorkat jest delikatny, dostojny, niezwykle klimatyczny. Brzmi to tak, jakby zespół dopiero rozgaszczał się na scenie i grał na rozgrzewkę, nim za moment uderzy słuchaczy z zaskoczenia czymś cholernie mocnym.
  • I uderza – o w mordę, uderza! O znakomitej współpracy gitarowo-organowej można mówić bez końca, ale ten numer po właściwym starcie napędza przede wszystkim perkusja. Kapitalne jest też zwolnienie, trochę w klimacie Purplowego Fools, a może raczej w stronę doorsowych odlotów na pejotlu? Flirt z jazzem i psychodelią wraca w Poor Duffy i tutaj to dopiero robi się doorsowo momentami. Nawet wokal Kevina Stunnenberga idzie jakby bardziej w kierunku Morrisona, a dzięki trąbce skojarzenia z płytą The Soft Parade nie będą zupełnie od czapy. Klimatyczna trzecia miniaturka mogłaby spokojnie zaprowadzić ten album do końca, ale zamiast tego rozwija się i płynnie przechodzi w bis, czyli utwór Sell Out – faktyczny koniec płyty: ciężki, rytmiczny, soczysty. Ostatni dźwięk jest niemal muzycznym odpowiednikiem Bondowskiego „Agent 007 powróci w…”, bo utwór kończy się nagle, jakby zespół chciał nam powiedzieć – „no, to tyle na teraz, ale nie odchodźcie za daleko, bo za jakiś czas wrócimy”.

    No ja mam nadzieję, że ten „jakiś czas” nie będzie zbyt długi. Birth of Joy zainteresowali mnie swoją muzyką już przy okazji poprzedniej płyty, ale tym albumem już nie tylko pukają, ale wręcz łomoczą do drzwi, za którymi znajduje się moja czołówka ulubionych grup współczesnej sceny rockowej. Ci goście są w tym brzmieniu tak prawdziwi i tak naturalni, że słuchanie ich to nie tylko wielka radość, ale wręcz zaszczyt. Ledwo zaczął się trzeci miesiąc roku, a już wyszło kilka płyt, które mogą pod koniec grudnia namieszać w czołówce moich ulubionych płyt rocznika 2018. Hyper Focus jest niewątpliwie jedną z nich. Ja nawet nie będę niczego nikomu polecał – jeśli lubicie soczyste, rockowe, gitarowo-organowe granie z nutką psychodelii, to przesłuchanie tego krążka jest waszym obowiązkiem. Inaczej możecie mi się nie kłaniać.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: BIRTH OF JOY / HYPER FOCUS / RECENZJA / 2018 / HARD ROCK / PSYCHEDELIC ROCK / RETRO ROCK

...

patronaty



partnerzy