logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
KRZYSZTOF ZALEWSKI
Zalewski śpiewa Niemena
26.01.2018
  • Tribute albumy to często śliska historia. Motywy są różne i czasem dość podejrzane, koncepcja też nie zawsze się sprawdza. Dobór utworów to w zasadzie za każdym razem kontrowersyjna kwestia, no a potem trzeba je jeszcze wykonać i zrobić to tak, żeby fani oryginalnego artysty nie dostali ataku wściekłości albo z drugiej strony nie narzekali, że przecież te nowe wersje nie różnią się niczym od oryginałów, więc po co słuchać „podróbki”. Oj tak, tribute albumy to często śliska historia. Ale nie tym razem. Za twórczość prawdopodobnie najbardziej uwielbianego artysty w historii polskiej muzyki popularnej wziął się Krzysztof Zalewski – człowiek, który kilkanaście lat temu zasłynął jako długowłosy rockman śpiewający numery Iron Maiden czy Pearl Jam w drugiej edycji Idola, którą zresztą wygrał. Ale to było w zupełnie innym życiu – przynajmniej tym muzycznym. Od kilku lat Zalewski po dłuższej przerwie próbuje wrócić do świadomości polskich słuchaczy, ma na siebie pomysł i nie jest spętany żadną umową wynikającą z wygranej w programie typu talent show (a żebyście wiedzieli, co w takich umowach jest… ubaw po pachy, no chyba że akurat się je podpisuje, to takiej osobie akurat do śmiechu mniej). A teraz porywa się na klasykę. Najklasyczniejszą klasykę, jaka tylko istnieje w polskiej muzyce. Odważny (już nie tak znowu) młody człowiek.

    Pierwszą zaletą tego wydawnictwa jest bardzo przyjemna minimalistyczna szata graficzna z literami Z jak Zalewski i N jak Niemen zmieniającymi się jedna w drugą w zależności od kąta patrzenia na okładkę. Pomysłowo. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzy się na spis utworów. Pomijając kilka wykonań koncertowych z Jarocina oraz bardzo przyjemne Outro inspirowane twórczością Niemena, choć napisane przez gitarzystę i producenta tej płyty Jurka Zagórskiego, mamy tu dziesięć numerów pochodzących z bardzo różnych okresów działalności Niemena. Jeśli spodziewaliście się płyty typu „złote przeboje”, to muszę was rozczarować / uspokoić. Owszem, klasyka się pojawia. Mamy tu bardzo oszczędną, ale świetnie zaśpiewaną, krótką wersję najbardziej znanego utworu w historii polskiej muzyki popularnej – Dziwny jest ten świat – mamy kolejne evergreeny w postaci Jednego serca, uwielbianego przeze mnie Domku bez adresu czy promującego album numeru Przyjdź w taką noc, wykonanego absolutnie porywająco tak przez Zalewskiego, jak i przez towarzyszących mu muzyków. Nie zapominajmy też o siostrach Przybysz, czyli współczesnych Alibabkach. To fantastyczne, że wokalistki z takim dorobkiem i przebojami na koncie nie miały problemu z rolą chórku na tym albumie. Brawo!

    Ustaliliśmy, że są tu klasyki, dawne hity Niemena.
  • W wersjach świeżych, ale niespecjalnie odbiegających od oryginału. Ale pisałem przecież o tych niespodziankach w spisie utworów. Pierwszą dostajemy już na początku, bo wydawnictwo otwiera kapitalne wykonanie utworu Doloniedola z ostatniej płyty studyjnej Niemena – spodchmurykapelusza wydanej w 2001 roku (choć sam utwór jest przynajmniej kilkanaście lat starszy). Rozumiem, że pierwszym singlem musiało być pewnie coś znanego, ale jeśli Doloniedola nie będzie kolejnym, uznam to za spory błąd marketingowców. Ten numer w tej wersji to strzał w dziesiątkę. Kawałek, który pewnie nawet wielu słuchaczom Niemena jest obcy, bo i bądźmy szczerzy – ilu jego rówieśników lub niewiele młodszych od niego fanów sięgnęło po album, z którego ta kompozycja pochodzi? A tu mamy materiał na naprawdę spory przebój. Cieszy również obecność w zestawie trzech numerów z przedostatniej płyty Niemena – wydanego w 1989 roku albumu Terra Deflorata. Zarówno Status mojego ja, Począwszy od Kaina jak i Spojrzenie za siebie stanowią mocny punkt tego wydawnictwa. Uwagę zwraca zwłaszcza kapitalny, nieco tajemniczy klimat ostatniej z tych kompozycji, w której nieco kiczowate brzmienie syntezatorów zostało zastąpione fantastycznymi, choć oszczędnymi partiami żywych instrumentów. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że te cztery najnowsze numery w zestawie zostały zaaranżowane tak, jak pewnie zaaranżowałby je sam Niemen, gdyby stworzył je 20-30 lat wcześniej, a nie w okresie, gdy był zakochany w brzmieniu syntezatorów. Trudno uznać, że Pielgrzym jest utworem mało znanym, ale mam wrażenie, że to kompozycja ważna głównie dla fanów najambitniejszego wcielenia Niemena – tych, którzy cenili go za kapitalne progrockowe czy jazzrockowe suity. To jest zupełnie inna muzyczna bajka niż Domek bez adresu czy Przyjdź w taką noc. Fantastycznie, że i takie oblicze artysty zostało na tej płycie zaprezentowane. Tu w wersji nieco mniej psychodelicznej niż kosmiczny oryginał, choć i tak niezwykle klimatycznej i ciekawej.

    Dobrze, że powstała ta płyta. Z wielu powodów. Po pierwsze pokazuje, że Zalewski to bardzo zdolny człowiek. Po drugie dzięki Zalewskiemu przybliża młodszej publiczności postać Niemena, który wielu młodym osobom musi kojarzyć się z niemodną prehistorią. Po trzecie także słuchaczom Niemena może przybliżyć mniej znane kompozycje artysty, bo nie oszukujmy się – procent tych, którzy mieli wszystkie jego płyty jest pewnie niezbyt wielki. Klasyki z lat 60. czy 70. zna każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o historii polskiej muzyki, ale ile z tych osób przesłuchało wspomniane już wcześniej ostatnie dwie płyty Niemena – Terra Deflorata i spodchmurykapelusza? Być może pod wpływem fantastycznych wersji utworów z tych albumów fani Niemenowej klasyki sięgną i po te ostatnie dzieła mistrza? O ile jakimś cudem je znajdą na nośniku fizycznym, choć zawsze pozostaje YouTube lub liczenie na to, że w końcu pojawią się reedycje.
  • Może i ich brzmienie zestarzało się bardzo z biegiem lat, może i płyty te nie miały przesadnie przychylnej prasy (z notą 0/10 i oskarżeniami o nagrywanie disco polo na jednym ze znanych hipsterskich portali muzycznych na czele), ale kryją z pewnością sporo smaczków, które przy odpowiednim, godnym naszych czasów muzycznym potraktowaniu okazują się prawdziwymi perełkami. Jednak przede wszystkim dobrze, że to wydawnictwo powstało dlatego, że po prostu świetnie się tego słucha. Mam nadzieję, że Zalewskiemu uda się tą płytą w końcu trafić do szerokiej publiczności, bo zasługuje na to jak mało kto na naszym rynku muzycznym. Plus także dla rodziny Niemena, która dała temu projektowi zielone światło i wsparcie – a wszyscy ci, którzy przez lata podejmowali się różnych działań związanych z twórczością Czesława Niemena, wiedzą, że o tę przychylność było zazwyczaj niezwykle trudno (mówiąc bardzo delikatnie).

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: KRZYSZTOF ZALEWSKI / CZESŁAW NIEMEN / ZALEWSKI ŚPIEWA NIEMENA / 2018 / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy