logo
matecznik dźwięków niebanalnych
 
 
Recenzje
WALKING PAPERS
WP2
19.01.2018
  • Szczerze mówiąc, żaden ze mnie fan Walking Papers. Niektóre supergrupy człowiek łyka od momentu ogłoszenia i jara się jak norweskie kościoły przy bliskim kontakcie z blackmetalowcami. Tak miałem z Velvet Revolver – w końcu na bezgunsiu… Z Walking Papers w zasadzie powinno być podobnie – w końcu w składzie jest Duff McKagan właśnie z Gn’R i Velvet Revolver, jest Barrett Martin z Mad Season, gościnnie na pierwszej płycie pojawił się Mike McCready z Pearl Jamu, w grupie są też mniej mi znani członkowie The Missionary Position – wokalista Jeff Angell i klawiszowiec Benjamin Anderson. Pierwsza płyta – wydany w 2013 roku album Walking Papers – narobiła nieco zamieszania, była zachwalana przez niektórych znajomych, ba – nawet udało się zobaczyć zespół na żywo, choć w bardzo krótkim secie. Wrażenia były ogólnie pozytywne, ale kłamałbym, gdybym twierdził, że czekałem na ciąg dalszy i ekscytowałem się doniesieniami o nowej płycie. Zresztą od jej nagrania minęło już sporo czasu, bo album był podobno gotowy już w 2015 roku, ale nie było sensu go wydawać wobec powrotu Duffa do Gn’R i związanej z tym długiej trasy koncertowej. Płyta jednak w końcu się ukazała i… no cóż, jest po prostu bardzo dobra. BARDZO bardzo dobra.

    Zaczynają od klimatów, z którymi najbardziej kojarzyli mi się kilka lat temu, czyli od dynamicznego, rytmicznego, niezbyt może skomplikowanego, ale wpadającego w ucho rockowego grania. My Luck Pushed Back i Death on the Lips sprawdzają się na otwarcie albumu bardzo dobrze. Ten drugi numer urzeka przede wszystkim bardzo bogatym brzmieniem, w czym olbrzymia zasługa organów. Red and White po raz pierwszy przynosi uspokojenie, niemal ukojenie. Oszczędne klawisze, ładne basowe pętelki, dużo przestrzeni w aranżu, nieco leniwy wokal – bardzo dobrze się tego słucha. W ogóle mam wrażenie, że najszybciej zostały mi w głowie właśnie te spokojniejsze kompozycje z ciepłym brzmieniem, które bardzo przyjemnie bujają. Do takich z pewnością zaliczyć należy Don’t Owe Me Nothin’ (ponownie obłędnie brzmiące organy i kapitalny, jazzujący klimat – mój ulubiony kawałek na płycie) czy zamykający album i zdecydowanie najdłuższy na nim Right in Front of Me, w którym nieco tajemniczy klimat i spokojne tempo oraz oszczędny aranż z plamami organowymi w tle tworzą kapitalny nastrój. Wydział dynamiki stosowanej skutecznie reprezentują Yours Completely, Hard to Look Away (chyba najmocniejszy numer w zestawie) czy megaprzebojowe i treściwe This Is How It Ends. To żonglowanie natężeniem dźwięku i tempem sprawia, że albumu słucha się bardzo dobrze i przez większość czasu nie ma mowy o rutynie czy monotonii. Podkreślić muszę także fantastyczny głos Angella, którego macierzystej formacji nigdy nie słyszałem, ale nabieram na to ochoty, bo gość nie drze się może jak rasowi hardrockowi krzykacze, ale w jednym utworze jest w stanie zawrzeć więcej emocji niż niejeden gardłowy dysponujący ogromną skalą na całej płycie.
  • No i Duff… Nie da się ukryć, że wiele osób zainteresowały się tą grupą głównie ze względu na jego udział w tym przedsięwzięciu, ale nie dajcie się zmylić – Walking Papers muzycznie nie mają wiele wspólnego z Guns n’ Roses ani z Velvet Revolver. I chyba to jest w tym wszystkim najciekawsze i najlepsze.

    Z WP2 mam podobny (choć nie jakoś przesadnie wielki) problem, co z wieloma innymi godzinnymi płytami – o 10-15 minut za dużo. To jest na pewno częściowy powód tego, że po kilku odsłuchach wciąż w głowie mam zaledwie siedem czy osiem z 13 kompozycji umieszczonych na tym krążku. To absolutnie nie znaczy, że pozostałe są słabe. W trakcie odsłuchu podobają mi się, ale przy kolejnym mam wrażenie, że słyszę je po raz pierwszy. Zrzucam to na nadmiar kompozycji. Przyzwyczaiłem się w ostatnich latach do płyt 35-40-minutowych i mój organizm chyba coraz bardziej stanowczo odrzuca większe dawki. Nie zmienia to jednak faktu, że WP2 to album bardzo różnorodny, z cholernie przyjemnym brzmieniem, którego fragmenty powinny sprawić wiele przyjemności zarówno fanom mocnego rockowego grania, jak i subtelnych, ciepłych dźwięków w klimatach bardziej bluesowych. Absolutnie nie spodziewajcie się typowego dla wielu supergrup przebijania się w muzycznych popisach. To kompletnie inna bajka. To zespół tworzony nie przez gwiazdy mające na koncie takie czy inne osiągnięcia, ale przez kilku kumpli, którzy lubią sobie razem pograć i którym w tym wspólnym graniu i dobrej atmosferze absolutnie nie przeszkadza to, że jeden z nich (i to wcale nie jeden z głównych kompozytorów tego materiału) jest megagwiazdą rocka. Każdy z panów pokazuje się tu z naprawdę bardzo dobrej strony bez silenia się na współzawodnictwo i popisówki. Jest naprawdę zacnie! To pozycja zdecydowanie godna polecenia i jestem przekonany, że znajdzie się pod koniec roku na wielu listach najlepszych rockowych albumów. Co więcej, mnie zachęciła, żeby wrócić do debiutu, który teraz „chwycił” znacznie lepiej niż pięć lat temu.

    więcej recenzji autora na blogu Muzyczny Zbawiciel Świata

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: WALKING PAPERS / WP2 / RECENZJA / DUFF MCKAGAN / MAD SEASON / GUNS N' ROSES /

...

patronaty



partnerzy