logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
KING GIZZARD AND THE LIZARD WIZARD
Aleksandra Olcia Wojcińska
2018
Ocena:
  • Krótka historia KING GIZZARD AND THE LIZARD WIZARD, czyli o tym, jak nagrać pięć albumów w 365 dni.


    Chwytliwa, humorystyczna nazwa, będąca łamańcem językowym, własna wytwórnia, naturalna lekkość tworzenia, lawina niesamowitych pomysłów i charakterystyczne brzmienie - w tych kilku wyrażeniach można streścić najistotniejsze wyznaczniki muzyki King Gizzard And The Lizard Wizard. Australijski zespół miniony rok może uznać za niezwykle udany - siedmioro muzyków zrealizowało cel, który postawili sobie pod koniec 2016 roku - w trzysta sześćdziesiąt pięć dni nagrali pięć płyt, tym samym osiągając imponujący wynik trzynastu wydanych albumów studyjnych w ciągu siedmiu lat działalności.

    Jednak to nie ilość jest tu najistotniejsza. Dzięki temu, że muzycy są przyjaciółmi i znają się od czasów szkolnych, rozumieją się bez słów i są w stanie doskonale wykorzystywać swoje nieograniczone pokłady kreatywności w komponowaniu utworów, nadając im niepowtarzalny charakter i utrzymując wysoką jakość. Muzyka towarzyszyła im od zawsze - po szkole spotykali się, by wspólnie jammować i improwizować. Zespół został założony przypadkiem, gdy jeden z przyjaciół zapytał chłopaków, czy nie chcieliby zagrać koncertu, a nazwa została wymyślona "na ostatnią minutę" tuż przed występem, stając się kombinacją dwóch pomysłów - wykorzystania pseudonimu Jima Morrisona (Lizard King) oraz luźnego wyrażenia "Gizzard Gizzard".

    Skład King Gizzard And The Lizard Wizard do dnia dzisiejszego pozostaje niezmienny. Na czele grupy stoi Stu MacKenzie, multiinstrumentalista i mózg zespołu, obdarzony bardzo charakterystycznym, przyjemnym głosem. Wokalnie wspierają go jeszcze trzej koledzy, również grający na więcej niż jednym instrumencie. Podstawą brzmienia jest obecność dwóch perkusistów, trzech gitarzystów, dwóch klawiszowców, wirtuoza harmonijki ustnej, fletu oraz basisty. Tym, co wyróżnia muzyków na tle innych artystów jest niezwykła lekkość komponowania i improwizowania. Każda kolejna płyta to nowy brzmieniowy eksperyment i poszerzanie muzycznych horyzontów, nierzadko trochę z przymrużeniem oka. Dla przykładu podam, że na "Quarters!" z 2015 roku wszystkie utwory miały dokładnie tę samą długość, a "Nonagon Infinity" z 2016 została oparta na motywie nieskończoności - dziewięć kompozycji nie ma początku, ani zakończenia i zamyka się w muzycznej "pętli".

    Twórczość Australijczyków oparta jest przede wszystkim na połączeniu tradycji z nowoczesnymi rozwiązaniami oraz transowym klimacie z dużą dozą dobrego humoru i czystej radości grania. Psychodeliczny rock łączy się tu z progresywnością, metalem, elementami jazzu, bluesa, popu i praktycznie każdego innego gatunku, który można sobie wymarzyć.
  • Singlom promującym albumy towarzyszą żartobliwe, zwariowane teledyski, nad którymi czuwa stały współpracownik zespołu, doskonały grafik i projektant, Jason Galea. Jest on również autorem większości okładek.
    Stu Mackenzie, wyjaśniając w listopadzie 2017 roku powód planów wydawniczych na wspomniane pięć albumów wyjaśnił, że po szalonym i pracochłonnym procesie nagrywania "Nonagon Infinity" oraz intensywnej trasie koncertowej w 2016 roku w głowach muzyków narodziło się mnóstwo szkiców nowych kompozycji, nie mających wspólnego mianownika, które postanowili pozostawić na jakiś czas, a później podzielić na pięć albumów. Byli tak wykończeni procesem twórczym, że zdecydowali się od siebie odpocząć i wrócić do studia ze świeżą energią.

    Pierwsze zeszłoroczne dzieło zostało nagrane w prywatnym studiu muzyków i ukazało się dwudziestego czwartego lutego. Już na wstępie słuchacze zostali zaskoczeni nietypowym brzmieniem, nawiązującym do kultury Bliskiego Wschodu. Wszystkie kompozycje zostały nagrane w skali mikrotonowej. W tym celu zespół zamówił specjalnie zaprojektowane instrumenty. Tytułowym "latającym mikrotonowym bananem" jest żółta, turecka siedmiostrunowa gitara Mackenziego, zwana w zależności od miejsca pochodzenia baglamą, sitarem, czy sazem, której kształt dzięki specyficznemu wygięciu przypomina smaczny owoc południowy.

    Album poza bliskowschodnimi motywami wypełniają wszechobecne transowe zapętlenia, czego doskonałym przykładem jest utwór otwierający wydawnictwo, "Rattlesnake", w którym tytuł powtarza się pięćdziesiąt dwa razy, a wyraz "rattle" sześćdziesiąt dwa. To siedmiominutowa kompozycja, która wchodzi w głowę od pierwszego przesłuchania, wprowadzając najpierw w konsternację, a następnie porywając odbiorcę do szalonego tańca i dryfowania, które trwa nieprzerwanie przez ponad czterdzieści minut, aż do zakończenia albumu.

    Druga, czerwcowa płyta "Murder Of The Universe" to jazda bez trzymanki. Psychodelię stopniowo zastępuje tu bardziej gęste, dynamiczne, mroczne brzmienie ocierające się momentami o metal. Nic w tym dziwnego - album jest opowieścią o zagładzie Wszechświata. Rozpoczyna się tajemniczym monologiem, po czym napięcie stopniowo narasta, by eksplodować nieprawdopodobną energią. Doskonale brzmi na tym albumie perkusja, która atakuje słuchacza szaleńczą galopadą oraz zagrane z niepojętą szybkością partie gitar. To koncept, który składa się z trzech części, mających na celu zakończenie historii otwartych na poprzednich wydawnictwach, w tym na "Nonagon Infinity". W pierwszych dwóch częściach narratorem jest Leah Senior, w trzeciej natomiast dla odmiany wykorzystano syntezator mowy, który przetworzył wypowiedź na dźwięk.
  • Jest to niesamowita podróż w mroczne zakamarki dusz muzyków, która zostaje w głowie na długo.

    Na kolejne wydawnictwo Australijczyków fani czekali niespełna dwa miesiące. Po drastycznym zbliżeniu się do przekroczenia poziomu absurdu na poprzedniej płycie, tym razem postanowili nieco zwolnić i przedstawić bardziej przyjazną dla uszu propozycję. King Gizzard And The Lizard Wizard podjął współpracę z Alexem Brettinem i jego grającą psychodeliczny jazz grupą Mild High Club, prezentując mieszankę eksperymentalnego retro - jazzu z bluesem, soulem i progresywnym malowaniem dźwiękiem, w której dominują crimsonowskie pejzaże i lekkie, bujające brzmienia zbliżone do bossa novy. Wzbogacone są rytmami afrykańskimi oraz szczyptą angielskiego folku, a także dźwiękami natury, tj. śpiewem ptaków. Inspiracją do nagrania "Sketches Of Brunswick East" stało się wydane w 1960 roku "Sketches Of Spain" Milesa Davisa. Brunswick East to natomiast mieszczące się w Melbourne miejsce nagrań albumu. Treść płyty nawiązuje do zachodzących w ludzkim otoczeniu zmian i pełna jest nostalgicznych opowieści o minionych czasach.

    Listopadowa "czwórka" to kwintesencja stylu King Gizzard And The Lizard Wizard, tj. orientalno-psychodelicznego, hipnotycznego tańca, wzbogaconego elektroniką. To ukłon w stronę fanów, którzy wspierają zespół - album można pobrać za darmo z bandcampowego profilu muzyków i rozdysponować w wybranej przez siebie formie dowolną ilość razy. Delikatny wokal Stu kontrastuje tu z miażdżącymi niczym walec fragmentami, które wypełniają przestrzenie pomiędzy gitarowym malowaniem nostalgiczno - progresywnych pejzaży. Podobnie jak pozostałe wydawnictwa ta muzyczna wycieczka trwa około czterdziestu minut i przenosi słuchaczy do równoległego wszechświata, tym razem snując opowieść o surrealistycznej krainie "Polygondwanaland", nawiązującej nazwą do historycznego układu kontynentów na Ziemi.

    Siódmego grudnia ubiegłego roku lider zespołu ogłosił, że z końcem dwa tysiące siedemnastego ukaże się zapowiadana piąta płyta, która nie będzie zawierała stron b singli, lecz zestaw zupełnie nowych utworów, które koncepcyjnie nie pasowały do poprzednich albumów. "Gumboot Soup" rozpoczyna beatlesowa, balladowa kompozycja "Beginner's Luck", której fragmenty przywodzą na myśl także twórczość Damona Albarna. Nostalgiczny, lekki nastrój, kilkukrotnie zostaje na moment przełamany dynamicznym brzmieniem, dodającym albumowi kolorytu. To płyta, która z pewnością świetnie sprawdzi się w wersji koncertowej.
    Zespół w marcu wyrusza w trasę po Europie, niestety również tym razem omijając Polskę (panowie jeszcze u nas nie grali). Ciekawe, czym zaskoczą podczas występów na żywo…

    Z relacji osób obecnych na koncertach wynika, że każdy z nich to inna niesamowita muzyczna improwizacja, która rozwija się brzmieniowo w zależności od nastroju muzyków i energii panującej w danej chwili w sali.
  • Kompozycje z albumów zostają przearanżowane i są łączone w nieoczywisty sposób, wprowadzając za każdym razem element zaskoczenia. Ten zespół prawdopodobnie potrafi zagrać wszystko. Mam nadzieję, że niebawem przekonam się o tym, doświadczając żywego kontaktu z tą niezwykle inspirującą muzyką.

    Historia zespołu nadal się toczy. Oby trwała jak najdłużej i była coraz bogatsza w jeszcze bardziej niesamowite wydarzenia.

autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: KING GIZZARD AND THE LIZARD WIZARD

...

patronaty



partnerzy