logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
GRETA VAN FLEET
From the Fires
10.11.2017
  • Każdy gatunek muzyczny musi mieć swojego nowego bohatera co kilkanaście miesięcy – nową sensację, jeszcze bardziej sensacyjną niż sensacja poprzednia. Rock nie jest tu żadnym wyjątkiem. A sensacja jest najbardziej sensacyjna, gdy: a) wprowadza coś kompletnie nowego, co jeszcze się nie pojawiało; b) nie wprowadza absolutnie nic nowego i niewyobrażalnie udanie kopiuje jeden lub kilka legendarnych zespołów. W przypadku kwartetu Greta van Fleet oczywiście obowiązuje wersja druga. Band ze stanu Michigan wystrzelił nagle kilka miesięcy temu, gdy okazało się, że można całkiem nieźle robić w konia słuchaczy wszelakich audycji, wciskając im kit, że oto odkryto nieznany wcześniej numer zespołu na L i na Z. Bo choćby nie wiem jak człowiek próbował zaprzeczać, skojarzenia są oczywiste jak spotkanie żula pod Żabką wieczorową porą.

    From the Fires jest gdzieniegdzie opisywane jako pierwszy duży album zespołu, ale jest to tak naprawdę podwójna EP-ka, rozszerzająca temat z EP-ki poprzedniej – wydanej w kwietniu Black Smoke Rising. Wszystkie cztery kompozycje z tamtego wydawnictwa pojawiają się także na From the Fires, uzupełnione o kolejne cztery numery. Razem dostajemy nieco ponad pół godziny materiału. Dzieli się on na kompozycje, które są tak podobne do twórczości zespołu na L i na Z, że to aż niedorzeczne, oraz na numery, w których oprócz klimatu twórczości zespołu na L i na Z znajdziemy także odniesienia do muzyki innych formacji złotych lat hard rocka. Do tej pierwszej grupy niewątpliwie należy Highway Tune – najbardziej obecnie znana kompozycja formacji – oraz Safari Song czy Flower Power. Jeśli chcecie podle nabrać słuchających klasyki rocka, ale mało zorientowanych w nowościach i nieco naiwnych znajomych, to lepszej okazji nie będzie. W przypadku większości grup, które mocno kopiują czyjś styl, „fałszywki” da się łatwo rozpoznać po wokalu. Tu to nie zadziała. Josh Kiszka brzmi jak wokalista grupy na L i na Z niespełna pół wieku temu. Do tego stopnia, że starszy z panów sam pewnie dałby sobie wmówić, że to jego zaginione nagrania. Wszak nie od dziś wiadomo, że najczęściej fani są dużo lepiej zorientowani w mniej znanych i zapomnianych numerach swoich idoli niż oni sami.

    A jak już dotarłem do tematyki osobowej, to warto wspomnieć, że zespół tworzą – oprócz pana wokalisty Josha Kiszki – jego bliźniak Jake Kiszka (gitara), ich młodszy brat Sam Kiszka (bas, klawisze) i Danny „niekiszka” Wagner (perkusja). Wróćmy jednak do muzyki. Są tu utwory, które nie przywodzą od razu na myśl wiadomego zespołu, może dlatego, że dwa z nich to covery innych wykonawców. Ten bardziej znany to A Change Is Gonna Come – klasyk Sama Cooke’a z lat 60., coverowany przez połowę branży muzycznej (choć akurat chyba nie przez zespół na L i na Z).
  • Tu podany w bardzo bogatej brzmieniowo wersji – organy, potężne chórki, do tego oczywiście mocny, rockowy szkielet, ale z zostawieniem w aranżacji miejsca tam, gdzie zostawić je należało. Drugi cover to Meet on the Ledge w oryginale zarejestrowany przez Fairport Convention. Dla niezorientowanych – w tej grupie śpiewała przez jakiś czas pani, która najbardziej znana jest z gościnnego występu w jednym z utworów zespołu na L i na Z. Wersja bardzo przyjemna, nieco dynamiczniejsza i bogatsza brzmieniowo niż oryginał, na pewno mocniej zaśpiewana. Mnie jednak najbardziej w całym zestawie podoba się kompozycja, która to wydawnictwo zamyka – tytułowy utwór z pierwszej EP-ki czyli Black Smoke Rising. Dobry, czadowy numer z kapitalnym, wpadającym w ucho refrenem oraz przyjemnym zwolnieniem w drugiej części. Na pewno materiał na kolejny przebój dla tej młodej formacji.

    Polski dystrybutor płyty zespołu rzuca marketingowy tekst o „zmienianiu oblicza rocka”. No to ciekawe, bo ja mam wrażenie, że akurat o zmienianie czegokolwiek tej grupie chodzi najmniej. Żeby zmienić oblicze któregokolwiek gatunku, trzeba w nim zaproponować cokolwiek nowego – jeśli nie nowe składniki, to chociaż nowe ich proporcje i sposób mieszania – tymczasem ten kwartet nie ma raczej najmniejszego zamiaru przecierać żadnego nowego szlaku. Czytałem gdzieś o tym, że mogą być liderami „nowej fali rocka”. Ależ fala poprzednia – z Rival Sons na czele – ma się bardzo dobrze i raczej na odpływ się nie zanosi. Nie piszę tego wszystkiego jako zarzutu pod adresem młodych muzyków – raczej pod adresem wydawcy, który wymyśla słabo przemyślane slogany promocyjne. Bo pomijając ten niezbyt udany marketing (albo inaczej – udany to on pewnie jest, ale raczej mocno mija się z prawdą), to jest po prostu bardzo przyjemna płyta, której świetnie się słucha. Będą z nich ludzie, choć mam szczerą nadzieję, że na kolejnych wydawnictwach jednak postarają się dać choć trochę od siebie… lub od kogoś innego niż wiadomy zespół na L i na Z.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: GRETA VAN FLEET / FROM THE FIRES / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy