logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
SCORPIONS
Born to Touch Your Feelings: Best of Rock Ballads
24.11.2017
  • Nowe płyty Scorpionsów niestety nie są już w stanie wzbudzić u mnie jakiejkolwiek ekscytacji, zwłaszcza po słabiutkim Return to Forever z 2015 roku, które ostatecznie potwierdziło, że ta zacna niegdyś formacja kompletnie odcięła się od przeszłości i sensownego, rockowego grania. Zresztą mam wrażenie, że muzycy tego zespołu zatracili umiejętność balansu między przyjemnym rockiem a kiczem gdzieś w połowie lat 80. Składanki to jednak inna kategoria. Do nich z zasady podchodzę z dużą rezerwą, ale czasami staram się odnajdywać w ich wydawaniu jakiś sens. W końcu nie każdy ma ambicje kupowania pełnych dyskografii wszystkich lubianych przez siebie zespołów. Sam w kilku przypadkach ograniczyłem się do kompilacji i potrzeby, by mieć więcej, nie czuję. Co prawda nie za ballady cenię stary Scorpions najbardziej, ale postanowiłem dać płycie Born to Touch Your Feelings: Best of Rock Ballads szansę. Wykorzystana została połowicznie.

    Niestety na przykładzie tej składanki całkiem nieźle słychać zmianę w brzmieniu zespołu. Niestety, bo trudno nazwać tę zmianę korzystną. Oczywiście płyta ta ignoruje niemal całkowicie pierwszy i według mnie zdecydowanie najlepszy okres działalności formacji, czyli debiut oraz płyty nagrane z Ulim Rothem. Jedynym wyjątkiem jest utwór tytułowy czyli Born to Touch Your Feelings pochodzący z wydanej w 1977 roku płyty Taken by Force. Tyle że nawet on nie znajduje się tu w swojej wersji oryginalnej, a w znacznie krótszej i wygładzonej wersji z płyty MTV Unplugged z 2014 roku. Innymi słowy – Scorpionsi przed Matthiasem Jabsem nie istnieli. No trudno. Dobrą wiadomością zdecydowanie jest to, że wydawca sięgnął tu po kilka absolutnych perełek w dorobku niemieckiego zespołu, bo też nie zamierzam twierdzić, że nawet po zwróceniu się w stronę komercji Scorpions nie nagrywali już dobrych rzeczy. Always Somewhere, Holiday, When the Smoke Is Going Down czy Lady Starlight to utwory w swojej kategorii ocierające się o geniusz i będą ozdobą absolutnie każdej tego typu składanki – ich obecność na tym wydawnictwie była absolutnie obowiązkowa. W zasadzie to samo można by napisać o bardzo lubianym przeze mnie Still Loving You i lubianym nieco mniej Wind of Change, ale te dwa numery trafiły na tę kompilację w wersjach dużo nowszych, z wydanej w 2011 roku płyty Comeblack. Zła decyzja. Zmiany w nich są niby dość niewielkie, ale przeszkadzają, zwłaszcza kompletnie zbędna końcówka pierwszego z nich.

    Jak na niemal każdej składance, mamy tu dwa zupełnie nowe kawałki. Melrose Avenue jest o dziwo całkiem przyjemne i nawet na szczęście nie idzie w rzewne klimaty. Utwór o słonecznej Kalifornii, więc i klimat dość luzacki i słoneczny. Nic wielkiego, ale nie wykrzywia zębów przy odsłuchu.
  • Spokojne Always Be with You trafia do mnie dużo mniej, ale przez oszczędny, akustyczny aranż, nie wchodzi przynajmniej w rejony nieznośnego patosu. Tyle z plusów. Niestety obok kapitalnego materiału z końca lat 70. i lat 80., trzeba było zapewne wrzucić kilka kompozycji z ostatnich płyt, a te – co tu dużo mówić – nie mają ani tego uroku, ani mocy, co stare ballady Scorpionsów. Materiał nagrany w tej dekadzie (Eye of the Storm, Gypsy Life, House of Cards, The Best Is Yet to Come czy Follow Your Heart) wyraźnie odstaje jakościowo i zamiast kapitalnego, nieco bajkowego klimatu Lady Starlight czy mocy When the Smoke Is Going Down oferuje rzewne melodie i oklepane patenty albo biesiadną stylistykę. Na szczęście na płycie nie trafimy na You and I czy Moment of Glory, bo poziom cukru mógłby skoczyć do stanu zagrażającego życiu.

    Składanka jak to składanka – nie jest raczej kierowana do fanów grupy. To przyzwoite wprowadzenie do świata Scorpionsów dla kogoś, kto dopiero poznaje zespół i lubi lekkie, niezbyt zobowiązujące granie. Jest szansa, że zwróci uwagę na te starsze kompozycje i postanowi pokopać głębiej właśnie w tym kierunku, a wtedy może odkryje przy okazji, że kiedyś w tym zespole grali tacy panowie jak Uli Roth i Michael Schenker, i że tworzyli ze Scorpionsami rzeczy fenomenalne. Stąd już tylko jeden krok (no dobrze, może dwa) do znalezienia Sails of Charon, In Trance czy Yellow Raven. Ta płyta to także dobra opcja dla kogoś, kto nie ma ambicji poznawania dogłębnie dyskografii tej formacji i ogranicza się do radiowych hitów w stacjach komercyjnych. Jeśli jednak największe hity (zwłaszcza te nowe) was nie zadowalają, zachęcam do odrobiny wysiłku i znalezienia w sklepach takich płyt jak In Trance, Virgin Killer (to ta łatwiejsza część) czy Lonesome Crow lub Taken by Force (tu może być trudniej). Ja tymczasem zaprogramuje sobie odtwarzacz na ścieżki numer 2, 4, 6, 8 i 10 i będę się delektował… a potem włączę sobie którąś z wymienionych przed chwilą płyt, żeby ten stan podtrzymać.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: SCORPIONS / RECENZJA

...

patronaty



partnerzy