logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
WOBBLER
From Silence to Somewhere
20.10.2017
  • Norweską formację Wobbler poznałem jakieś osiem czy dziewięć lat temu, gdy zaczynałem kopać w muzyce skandynawskiej. Byli jednym z tych zespołów, które w największym stopniu zwróciły moją uwagę, co z perspektywy czasu nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo niewiele wcześniej zacząłem słuchać nieco uważniej muzyki progresywnej, więc tego typu brzmienia wtedy wydawały mi się niezwykle atrakcyjne. Jednak z czasem moje zainteresowanie losami tej grupy nieco zmalało, w czym spory udział miało zapewne to, że panowie niespecjalnie spieszyli się z wydawaniem kolejnych płyt. Dość powiedzieć, że tegoroczne wydawnictwo – From Silence to Somewhere – to dopiero czwarty album grupy w jej kilkunastoletniej historii, co przy tempie wydawania płyt przez większość wykonawców w dzisiejszych czasach wrażenia nie robi. Od premiery poprzedniego krążka minęło aż sześć lat. Czy muzyka formacji zmieniła się przez ten czas? Absolutnie nie. Wciąż dokładnie wiadomo, czym uraczą swoich słuchaczy. I wciąż jest to bardzo dobre.

    Absolutnie żadnym zaskoczeniem nie jest to, że ten niespełna 47-minutowy album zawiera zaledwie cztery kompozycje, z czego jedna to w zasadzie dwuminutowy przerywnik. Pozostałe trzy kwadranse podzielone są zatem niezbyt zresztą równomiernie na trzy numery. Fani progrockowych długensów® – będziecie w siódmym niebie! I to od samego początku, bo pierwsza kompozycja – utwór tytułowy – trwa 21 minut. I czego tu nie ma? Szalone rytmiczne połamańce – są. Spokojne, delikatne fragmenty – są. Mocne, gitarowe granie – jest. Wstawki fletu – obowiązkowo. Gdyby nie wokal, można by pomyśleć, że słuchamy jakiegoś zaginionego numeru na przykład z sesji Nursery Cryme. Oczywiście utwór tej długości i o takim nagromadzeniu motywów zawsze będzie trudny w odbiorze. Nawet po pięćdziesięciu odsłuchach pewnie nie będę w stanie odtworzyć go w głowie poza pojedynczymi motywami. Ale to nie ma aż takiego znaczenia, bo podczas słuchania wrażenia są kapitalne. W przypadku dwóch pozostałych „pełnoprawnych” kompozycji jest w zasadzie bardzo podobnie, choć na nieco mniejszą skalę, wszak razem trwają one zaledwie dwie minuty dłużej niż sam jeden utwór tytułowy. Sporo ożywienia wprowadza zwłaszcza początkowy fragment Fermented Hours, który zaskakuje „kosmicznym” motywem oraz intensywnością brzmienia. Potem oczywiście następuje prawdziwy rollercoaster klimatów i natężeń dźwięku, ale ten mocny początek zdecydowanie robi wrażenie i „ustawia” cały numer. Foxlight dla odmiany w dużej mierze jest spokojniejsze, bardziej w stronę folkową. A przede wszystkim obie te kompozycje to dowód na to, że da się znakomicie nabrać słuchacza, bo jestem przekonany, że gdyby włączyć te nagrania fanom takich właśnie klimatów w wydaniu „wielkich” z lat 70.
  • , to większość uwierzyłaby, że te numery liczą już sobie właśnie powyżej 40 lat. Pod tym względem zgadza się wszystko – motywy, konstrukcja, brzmienie instrumentów, wokal i produkcja całości.

    Nowa płyta grupy Wobbler pewnie raczej nie sprawi nagle, że formacja stanie się liderem współczesnej sceny progresywnej w Europie, ale fani, którzy zachwycali się poprzednimi krążkami, także i tym razem powinni być zadowoleni. W końcu mamy tu dokładnie to, czym zespół zachwycał na wcześniejszych trzech albumach – długie, wielowątkowe kompozycje, łączące w sobie poetyckość wczesnych utworów Genesis z rytmicznymi połamańcami Yes i szaleństwami Jethro Tull. A wszystko to polane produkcyjnym sosem, który dojrzewał w lepiankach od wczesnych lat 70. Dla fanów klasycznego progrocka to pozycja absolutnie obowiązkowa. Grupa Wobbler nie oferuje w zasadzie nic nowego w swojej muzyce, ale w podrabianiu wielkich prog rocka jest tak dobra, że słuchanie ich kolejnych płyt to olbrzymia przyjemność.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: WOBBLER / FROM SILENCE TO SOMEWHERE / RECENZJA / PROG ROCK /

...

patronaty



partnerzy