logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
HADAL SHERPA
Hadal Sherpa
17.06.2017
  • Już sama okładka powinna mi dać do myślenia. Kapitalna grafika, lekko w stylu niektórych prac duetu Hipgnosis, od razu rzuciła mi się w oczy. A jednak nim posłuchałem w końcu płyty, która kryje się za tą okładką, minęło sporo tygodni. Nie jestem w stanie stwierdzi, jaki był tego powód. Pewnie najłatwiej zwalić winę na kolejny mocno urodzajny w płyty rok, ale gdy ma się przeczucie, najczęściej słucha się takich rzeczy poza wszelką kolejnością. Tym razem tak nie zrobiłem i już po kilkudziesięciu sekundach pierwszego odsłuchu wiedziałem, że był to błąd. Odsłuch debiutanckiego albumu fińskiej formacji Hadal Sherpa to obowiązek jeśli chcecie, by wasza lista najlepszych płyt 2017 roku miała jakikolwiek sens. Tak zwyczajnie – niewiele znajdziecie równie dobrych płyt wydanych w tym roku.

    Kwintet z miasta Vantaa to absolutne zaskoczenie. Zupełnie nie spodziewałbym się po pochodzących z zimnej Finlandii muzykach tak ognistego psychodelicznego grania z mocną domieszką klimatów bliskowschodnich. Debiut Finów zawiera osiem instrumentalnych kompozycji trwających w sumie 68 minut. Zazwyczaj narzekam, jeśli płyta jest dłuższa niż godzinę, ale w tym wypadku z czystym sumieniem i absolutnym przekonaniem stwierdzam, że każda sekunda tego albumu jest całkowicie uzasadniona. Oczywiście nie ma tu mowy o tradycyjnej „piosenkowej” konstrukcji i schematyczności. Najkrótsze kawałki przekraczają siedem minut, najdłuższy to ponad 11 minut muzyki. A wszystko utrzymane w fantastycznym klimacie. Trochę prog rocka, sporo psychodelii, ślady jazzu oraz naprawdę dużo klimatów folk/etno.

    Choć w grupie nie ma wokalisty, muzycy nie mają problemu z opowiadaniem historii w każdym z utworów. Przekazują te historie oraz emocje w nich zawarte tak łatwo, że musi to robić wrażenie. Przy pierwszym odsłuchu zwróciłem przede wszystkim uwagę na kompozycje, które mocno zahaczają o klimaty bliskowschodnie. Chafa Azeno, Marracech czy Black Elk brzmią tak, że człowiek zaczyna czuć piekące słońce na skórze oraz piasek palący podeszwy stóp. Nawet, gdy siedzi się akurat przy komputerze późnym wieczorem w środku polskiej jesieni. Umiejętne wykorzystanie gitary oraz buzuki tworzy niesamowity klimat. Do tego w Chafa Azeno i Black Elk w pewnym momencie pojawiają się motywy, które uświetniłyby każdą ścieżkę dźwiękową do filmu Tarantino. Psychodeliczny Dziki Zachód na Bliskim Wschodzie? Da się! Nie myślcie jednak, że cała płyta tkwi mocno w tym właśnie muzycznym rejonie. Jedną z największych zalet tego albumu jest różnorodność zawartej na nim muzyki. Abyss to kapitalna, bardzo dynamiczna psychodeliczna jazda bez trzymanki (choć po długim, niezwykle spokojnym dla kontrastu intrze), Ikaros nawiązuje brzmieniem to najlepszych wzorców klasycznego rocka z porywającymi partiami gitar i klawiszy, zaś Heracleion momentami zabiera nas w prawdziwie kosmiczną podróż.
  • Ale zanim dojdziemy do tych utworów, na początek dostajemy dwuczęściowy numer Nautilus, który z jednej strony bardzo powoli i delikatnie wprowadza nas w klimat płyty, z drugiej jednak po jakimś czasie przechodzi płynnie w okolice, które pewnie przypadną do gustu tak wielbicielom grupy Camel, jak i tym, których porywa w ostatnich latach twórczość szwedzkiej Agusy.

    Niby wszystkie utwory coś łączy, ale każdy zmierza w inne rejony. Wspólnym mianownikiem jest niewątpliwie lekkość, z jaką zespół tworzy te muzyczne opowieści. Słuchając tego albumu, mam wrażenie, że to wszystko przychodzi Finom z niesamowitą łatwością. A to wszystko przekłada się na kapitalne doznania słuchowe. Teoretycznie muzyka nie należy do najłatwiejszych, ale kontakt z nią to czysta przyjemność, bo podana jest w bardzo przystępny sposób. Uwielbiam takie niespodzianki. Płyta składa się z dźwięków i motywów, które gdzieś już w historii muzyki się pojawiały, ale jednocześnie wszystko to jest niesamowicie świeże. Polot, lekkość, kapitalna wyobraźnia muzyków – to wszystko sprawia, że trudno się uwolnić od tego albumu. Choć głównym kompozytorem materiału jest gitarzysta Vesa Pasanen, trudno w tym przypadku postawić go jako muzyka przed całą resztą zespołu – cała piątka (plus pojawiający się okazjonalnie goście) spisuje się kapitalnie. Do tego produkcja jest dokładnie taka, jaka powinna być przy tego typu dźwiękach – z jednej strony klarowna, z drugiej zaś nie ujmująca nic z dynamiki i luzu tych nagrań. Jestem przekonany, że mamy na północy Europy kolejny kapitalny zespół w klimatach folkowej psychodelii, który będzie cieszył nas swoją twórczością przez długie lata. Będzie o to znacznie łatwiej, jeśli pozna ich znacznie więcej osób.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: HADAL SHERPA / RECENZJA / 2017 /

...

patronaty



partnerzy