logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
MARK LANEGAN BAND
Warszawa, Proxima
11.11.2017
  • Wizyta 11 listopada w Warszawie niekoniecznie musi wiązać się z udziałem w manifestacjach. Tego dnia obecni w stolicy fani muzyki mieli naprawdę twardy orzech do zgryzienia - nie dość, że w Pałacu Kultury odbywały się Europejskie Targi Muzyczne "Co jest grane 24?", obfitujące w konferencje, spotkania z artystami i koncerty, w Progresji można było posłuchać zespołów Mastodon i Russian Circles, to studencką Proximę odwiedził tego dnia Mark Lanegan wraz ze swoim zespołem. Zaintrygowana najnowszym wydawnictwem wokalisty obdarzonego jednym z najbardziej głębokich i przygnębiających głosów współczesnej muzyki postanowiłam wybrać się do niedużego klubu przy ulicy Żwirki i Wigury 99A.


    Były lider grunge'owego Screaming Trees, urodzony w 1964 roku w Seattle, promuje obecnie swój dziesiąty solowy album, wydany w pod koniec kwietnia bieżącego roku, na którym prezentuje nieco mniej rockowe, lecz bardziej gotycko-elektroniczne, mroczne oblicze. "Gargoyle" jest połączeniem melancholijnych gitarowych, klasycznych dla twórczości Lanegana ballad z nowofalowymi brzmieniami, czerpiącymi z dokonań Joy Division. To bardzo dobre wydawnictwo, po przesłuchaniu którego aż chce się wybrać na koncert, by przekonać się jak grobowa atmosfera tej muzyki sprawdzi się w wersji scenicznej.


    Na godzinę przed otwarciem bram pod drzwiami klubu zgromadziła się kilkudziesięcioosobowa grupa zmarzniętych, ale uśmiechniętych sympatyków amerykańskiego muzyka. Zanim jednak na scenie pojawiła się wyczekiwana przez wszystkich gwiazda, na deskach Proximy zaprezentowali się dwaj supportujący artyści, oferujący nieco inne, niekoniecznie pasujące do koncepcji wieczoru wrażenia. Punktualnie o dwudziestej swój występ rozpoczął Lyenn. W trakcie niespełna pół godziny skromny chłopak z niezłym głosem i gitarą elektryczną, który jak się później okazało jest basistą w zespole Lanegana, zagrał klika przyjemnych, lecz niezbyt wyróżniających się ballad, które nie miały szans zapaść w pamięć na dłużej. Później jednak słuchacze, którzy nieco podsypiali oczekując na dalszy rozwój wydarzeń, mieli szansę obudzić się na dobre…


    Znienacka nastąpiła drastyczna zmiana klimatu - z głośników zaczęła wybrzmiewać agresywne techno, z ciemności wyłonił się wielki ekran rozświetlony psychodelicznymi wizualizacjami, opartymi na efektach złudzenia optycznego, a na scenie pojawił się sobowtór Davida Bowiego. Gdyby nie to, że podkład muzyczny wybrzmiewał z laptopa i był dość jednolity, występ Joe'go Cardamone można by uznać za niezwykle udany. Artysta obdarzony jest ciekawym głosem, a przedstawienie swojej twórczości w formie filmu "Joe Cardamone's Holy War", w którym główną rolę zagrał sam zainteresowany, okazało się niebanalnym pomysłem. Można jedynie dyskutować z samą treścią projekcji, składającą się z niekoniecznie pasującej do czasu i miejsca kombinacji erotycznych fantazji i religijnej symboliki.
  • Nie zmienia to jednak faktu, że był to oryginalny występ, o którym nie sposób zapomnieć.


    Wielu obecnych w Proximie z pewnością nie zgodzi się z tym, co za chwilę przeczyta, ale okazuje się, że z perspektywy czasu koncert gwiazdy wieczoru wypadł zdecydowanie mniej ciekawie niż widowisko, które go poprzedzało. Kluczem do zrozumienia twórczości Lanegana jest wsłuchanie się w mroczne teksty jego kompozycji traktujące o życiowych nieudacznikach. Tych jednak nie sposób było usłyszeć w Proximie. Wokal Amerykanina, jak również towarzyszącej mu na scenie Shelley Brien, został bowiem zagłuszony przez zbyt głośno wyeksponowaną perkusję. Co więcej, muzyk na niej grający nie popisał się zbyt wysokimi umiejętnościami technicznymi - jego partie były bardzo jednorodne i monotonne, co skutecznie zniechęciło bardziej wymagających odbiorców do czerpania radości z koncertu. Kompozycje, które wyróżniały się na najnowszym albumie, również dzięki obecności na nim gości takich jak Josh Homme i Greg Dulli, w wersji "na żywo" zlały się w jednorodną, gitarowo-perkusyjną masę, z której co jakiś czas na pierwszy plan wybijał się klawiszowy motyw lub gitarowa solówka. Niestety podobny los spotkał najważniejsze utwory z poprzednich wydawnictw, które pozbawione zostały mrocznego, dusznego klimatu.


    Występ zespołu Marka Lanegana miał jednak na szczęście kilka plusów. Ciekawym doświadczeniem było obserwowanie samego wokalisty, który podczas scenicznych występów jest niemal zespawany ze statywem od mikrofonu i choćby chciał zrobić krok w którąś ze stron, nie jest w stanie tego uczynić. Także odegranie dwóch utworów na bis w wersji półakustycznej, gdzie na pierwszy plan wreszcie wysunęły się ładnie współbrzmiące głosy Shelley i Marka należy uznać za udane.


    Jak już wspomniałam powyżej, prawdopodobnie głosów niezadowolenia będzie niewiele, ponieważ znaczna część publiczności pożegnała schodzących ze sceny po półtoragodzinnym występie artystów gromkimi brawami i owacjami, entuzjastycznie domagając się kolejnych hitów i nie chcąc, by muzyczny wieczór dobiegł końca. Po koncercie była możliwość zamienienia kilku słów z zespołem i zakupu płytowych i ubraniowych pamiątek, ja jednak zdecydowałam się tym razem zebrać siły na kolejne koncertowe dni i zniknęłam z klubu zaraz po zakończeniu występu.
autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: MARK LANEGAN BAND

...

patronaty



partnerzy