logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
ANATHEMA / ALCEST
Warszawa, Klub Progresja
12.11.2017 - 14.11.2017

  • Pełne emocji oczekiwanie, entuzjastyczne przyjęcie i atmosfera prawdziwego święta to nieodłączne elementy każdej wizyty Anathemy w naszym kraju. Polscy fani zajmują w sercach brytyjskich muzyków miejsce szczególne, gdyż to właśnie oni jako pierwsi zagraniczni słuchacze docenili i pokochali ich twórczość. Zespół odwdzięcza się za wieloletnie wsparcie, przyjeżdżając do Polski regularnie.


    Trzy listopadowe koncerty w Warszawie, Gdańsku i Poznaniu stały się okazją do promocji ostatniej płyty Brytyjczyków, "The Optimist", będącej liryczną kontynuacją wydanego przed szesnastoma laty
    "A Fine Day To Exit". To poruszająca opowieść o ciągłej walce na granicy światła i mroku, której filmowy scenariusz zamknięty został w jedenastu przepięknych kompozycjach, tworzących niezwykle spójną
    i precyzyjną muzyczną układankę misternie splecionych elektronicznych mrocznych pejzaży
    i gitarowych uniesień. Bohaterem obu płyt jest ten sam człowiek, który zagubiony w czasoprzestrzeni odnajduje się po szesnastu latach w nowej rzeczywistości. Tegoroczny album został opatrzony klimatyczną, minimalistyczną okładką autorstwa Travisa Smitha, znanego przede wszystkim ze współpracy z Riverside.


    Anathema to zespół jedyny w swoim rodzaju, zawsze dbający o najwyższą jakość swojej twórczości. Ich muzyka to ogień i woda, niesamowita siła i emocjonalność, obok których nie można przejść obojętnie. Pomimo wielu stylistycznych zmian, niezależnie od obranego artystycznego kierunku brzmi ona oryginalnie. Najnowszy album to ewolucja w stronę post rocka, transowej elektroniki i… jazzu, wciąż jednak nie pozbawiona bardzo charakterystycznych dla liverpoolczyków brzmień.


    Polskie koncerty były jednymi z ostatnich przystanków na pięćdziesięciokoncertowej trasie, co mimo zmęczenia zespołu nie miało żadnego wpływu na jakość i długość występów. Ponad dwuipółgodzinne maratony z muzyką braci Cavanagh oraz ich przyjaciół wypełnione były przekrojowym materiałem, obejmującym prawie dwadzieścia lat działalności, który usatysfakcjonował nawet najbardziej wymagających fanów Brytyjczyków, gustujących zarówno w ocierających się o metal początkach, jak również w progresywnych pejzażach, kipiących od uniesień, ukochanych przez fanów fragmentach "Weather Systems" oraz "We're Here Because We're Here" i nieco bardziej eksperymentalnych formach, takich jak elektroniczny, przesterowany "Closer", post rockowy "Springfield" czy też oparty na perkusyjnym fundamencie i fenomenalnym budowaniu napięcia "Distant Satellites".


    Nagłośnienie, w szczególności w gdańskim Starym Maneżu pozwalało przeżywać nieprawdopodobne emocje towarzyszące scenicznym wykonaniom w sposób pełny. Słyszalne były wszelkie instrumentalne detale, począwszy od porywających gitarowych solówek, przez mięsiste brzmienie basu, perkusyjne galopady aż po klawiszowe malowanie dźwiękami.
  • Fenomenalnie współbrzmiące głosy Vincenta i Lee wspomagane miękkim wokalem Daniela pozwalały przenieść się słuchaczom w odległe rejony wyobraźni, gdzie mrok mieszał się z jasnością, melancholia z radością, gniew z wyciszeniem, balladowość z rockową energią, jawa ze snem. Niezwykle melodyjne kompozycje, podkreślone charakterystycznym dla zespołu narastaniem intensywności były pretekstem do stworzenia atmosfery wzajemnej interakcji fanów i muzyków. Przez cały występ nie ustawały entuzjastyczne owacje, tańce, oklaski i chóralne śpiewy, a tłumnie zgromadzeni pod sceną odbiorcy chętnie reagowali na zachęty do wspólnej zabawy. Muzycy wychwalali publiczność pod niebiosa, dziękowali organizatorom i fanom za możliwość tak częstych przyjazdów do Polski, przekomarzali się i żartowali, a na zakończenie bardzo długiego, prawie półgodzinnego bisu uraczyli najbardziej wytrwałych szczęśliwców w pierwszych rzędach koncertowymi setlistami, wodą oraz… przepysznymi truskawkami. Schodzili ze sceny, kłaniając się w pas zgromadzonym, przy dźwiękach klasyka "What a Wonderful World" Louisa Armstronga, który zaaranżowany został z wykorzystaniem rewelacyjnego podkładu z "No Surprises" Radiohead.


    Z najnowszego wydawnictwa podczas występów wybrzmiało w sumie sześć z jedenastu kompozycji. Muzycy pojawiali się na deskach klubów przy dźwiękach rozpoczynającego album utworu ze współrzędnymi w tytule "32.63N 117.14W", który płynnie łączył się z instrumentalnym, opartym na klawiszowym motywie "San Francisco". W setlistę wpleciono również rozpędzające się jak przyspieszający samochód "Can't Let Go", tytułowy "The Optimist", wspomniany już powyżej post rockowy "Springfield" oraz zwiewny, zjawiskowo zaśpiewany przez Lee "Endless Ways". "A Fine Day To Exit" reprezentowały natomiast cztery fragmenty. Biorąc pod uwagę fakt, że oba albumy tworzą fabularną całość, ciekawym i logicznym pomysłem mogłoby okazać się zaprezentowanie koncertu złożonego tylko z kompozycji z nich pochodzących. Dodało by to występowi spójności i jeszcze bardziej nieprawdopodobnego klimatu. Z drugiej jednak strony znaczna część słuchaczy byłaby niepocieszona brakiem takich klasyków, jak choćby euforyczny, perfekcyjnie skomponowany "Untouchable", brawurowo wykonany, oparty na gitarowo-perkusyjnej ścianie dźwięku "Thin Air", czy też transowy, przypominający kosmiczny lot "Closer".


    Występowi Anathemy towarzyszyły przepiękne, dynamiczne wizualizacje, które podkreślały przekaz utworów. Należy również wspomnieć o bardzo dobrej organizacji trzech muzycznych wieczorów.
    W każdym z klubów zadbano o najwyższe standardy bezpieczeństwa, a z uwagi na bardzo wysoką sprzedaż biletów rozpoczęto wpuszczanie słuchaczy do sal odpowiednio na półtorej - dwie godziny przed rozpoczęciem koncertów. Szkoda jedynie, że część publiczności nie podzielała troski organizatorów o dobro słuchaczy, co wyraźnie było odczuwalne na wyprzedanym warszawskim występie, gdzie rozentuzjazmowani fani okazali brak kultury, wyrywając sobie wzajemnie fragmenty wolnej przestrzeni przy barierkach, by być jak najbliżej artystów, nie zważając na potworny ścisk i poczucie wzajemnego komfortu.
  • Co więcej, niektórzy nie potrafili uszanować współsłuchających, rozmawiając w trakcie utworów oraz nadmiernie dokumentując występ przy pomocy wszechobecnych telefonów komórkowych. Zwrócił na to uwagę sam zespół prosząc, by nie nagrywać filmów oraz robić zdjęcia dyskretnie i nie nadużywać technologii.


    Na specjalne zaproszenie Anathemy godzinny support zagrał zespół Alcest, który w ubiegłym roku pochwalił się doskonałym piątym albumem "Kodama". Francuzi zaprezentowali perfekcyjnie skomponowany, przekrojowy set, pozwalający zapoznać się z ich twórczością w pigułce. Publiczność zgotowała im bardzo ciepłe i serdeczne przyjęcie, entuzjastycznie reagując na shoegaze'owo-post metalowe ściany dźwięku oraz post rockowe pejzaże. Duet Neige i Winterhalter w wersji koncertowej rozrasta się do kwartetu, zyskując tym samym dodatkową moc. Muzycy na scenie dali z siebie wszystko, odwdzięczając się zasłuchanym fanom wspaniałymi wersjami najbardziej wyczekiwanych utworów takich jak energetyczny "Autre temps", zjawiskowa "Kodama", black-metalowe "Oiseaux de proie", melodyjny "Eclosion" oraz melancholijny "Délivrance". Był to solidny, równy występ, który mógłby trwać zdecydowanie dłużej.


    Po kilkugodzinnych muzycznych emocjach, których dostarczyły oba zespoły, członków Alcestu można było spotkać przy stanowiskach z gadżetami, gdzie chętnie rozmawiali z fanami, podpisywali koszulki
    i płyty oraz pozowali do zdjęć. Obiecali również odwiedzić nasz kraj przy okazji kolejnej trasy koncertowej. Podobną deklarację ze sceny złożyli również muzycy Anathemy. Pozostaje mieć nadzieję, że zarówno Brytyjczycy jak i Francuzi dotrzymają słowa.
autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: ANATHEMA / ALCEST

...

patronaty



partnerzy