logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
EUROPE
Walk the Earth
20.10.2017
  • Długo zbierałem się do napisania tekstu o jedenastym studyjnym krążku grupy Europe i nie był to przypadek. Zanim postanowiłem przelać swoje myśli na wirtualny papier słuchałem go kilkanaście razy, a mimo to wciąż mam z nim problem – nie do końca potrafię konkretnie określić mój stosunek do Walk the Earth. Niby mi się podoba (momentami nawet bardzo), ale nie do końca wiem czemu, niby coś pasuje mi mniej niż w przypadku War of Kings, ale też nie wiem, czy potrafię sprecyzować co. Zacznę może od tego, że Walk the Earth to naprawdę udana płyta. To dobry początek.

    Pod wieloma względami jest to kontynuacja znakomitego albumu War of Kings – chyba mojego ulubionego w dorobku szwedzko-norweskiej formacji. Po raz drugi za konsoletą usiadł Dave Cobb – stały współpracownik uwielbianych przeze mnie Rival Sons. Efektem jest album, który – ponownie – zdecydowanie bardziej odnosi się do klasyki brytyjskiego hard rocka niż do klasyki „ejtisowego” pudel metalu. Każdą kolejną płytą Europe potwierdzają, że zauważyli zakończenie lat 80. (w przeciwieństwie do niektórych swoich fanów…), zresztą nawet w tamtej niesławnej dekadzie zdecydowanie górowali umiejętnościami i brzmieniem nad większością równie znanych formacji. Tym razem zespół nagrał dziesięć kompozycji trwających w sumie nieco ponad 40 minut. Nie byle gdzie, bo w kultowych Abbey Road Studios. To zresztą nie jest jedyne nawiązanie do największych sław muzyki rockowej, bo uwagę zwraca okładka wydawnictwa, dość mocno odnosząca się stylistycznie do prac legendarnego duetu Hipgnosis. Kompozycje zazwyczaj są zwarte i dość krótkie. Jedynym wyjątkiem jest zamykające całość Turn to Dust, które – nawet jeśli pominąć kilkanaście sekund ciszy i mały muzyczny dodatek na samym końcu – trwa około sześciu minut. W pozostałych numerach zespół szybko przechodzi do sedna i raczej nie pozwala sobie na instrumentalne odjazdy ani długie budowanie klimatu.

    Płytę otwiera utwór tytułowy, który w pewien sposób nawiązuje muzycznie do Rainbow Bridge z albumu poprzedniego, czyli znowu mamy melodyjność połączoną z mocą i trochę purpurowo-tęczowe brzmienie, połączone z pierwiastkiem podniosłych hitów pokroju We Are the Champions czy We Will Rock You. Utwór z pewnością wpada w ucho, więc na singiel nadawał się świetnie. To zresztą żadne zaskoczenie. Można wręcz powiedzieć, że ten zespół specjalizuje się w takim właśnie połączeniu kapitalnych, wpadających w ucho melodii, oraz soczystego rockowego grania przyprawionego dość często na ostatnich albumach lekkimi orientalizmami, jak choćby w The Siege. Takich mocnych numerów jest tu zdecydowanie więcej. Kingdom United to kolejny dowód miłości muzyków Europe dla Thin Lizzy, zaś Gto to zdecydowanie najmocniejszy, najbardziej dynamiczny numer w zestawie – absolutnie porywający – może trochę w klimacie The Getaway Plan czy Love Is Not the Enemy.
  • Dla fanów słodkich balladek pokroju Carrie mam złą wiadomość – zły adres. Choć nie znaczy to, że w ogóle nie ma tu spokojniejszych numerów, bo Pictures skutecznie tworzy przeciwwagę dla mocniejszych kompozycji, startując z pozycji bardzo spokojnego, lekkiego kawałka, a potem kapitalnie się rozwijając przez niemal pięć minut. Na koniec wisienka (albo truskawka) na torcie – Turn to Dust. Znakomite budowanie napięcia, narastająca intensywność i kapitalne „wygranie” utworu do końca. I czy tylko mnie zakończenie z nieco zapętlonym, mocnym instrumentalnym motywem, nagłym jego przerwaniem, chwilą ciszy i muzyką z zupełnie innej bajki kojarzy się z końcówką albumu Scenes from a Memory?

    Walk the Earth to w zasadzie album bez wpadek, a że nie jest też zbyt długi, to zatrzymuje skutecznie uwagę słuchacza przez większość czasu. Ale brakuje mi tu chociaż jednego numeru, który mógłbym z pełnym przekonaniem zaliczyć do najlepszych w historii grupy. Na War of Kings takim nagraniem było Angels (with Broken Hearts). Tutaj jest wiele kompozycji naprawdę bardzo udanych i przyjemnych, ale chyba nie z kategorii tych absolutnie czołowych w dorobku Europe. I chyba to sprawia, że jednak Walk the Earth oceniam trochę niżej niż poprzedniczkę. To jednak wciąż naprawdę bardzo udany album, który powinien trafić do odtwarzacza każdego fana dobrego rocka – niekoniecznie tego w klimatach z lat 80.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: EUROPE / WALK THE EARTH / RECENZJA / 2017

...

patronaty



partnerzy