logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
HOLY HOLY
Łódź, Wytwórnia
28.10.2017
  • Nie ukrywam, że tegoroczna edycja festiwalu Soundedit muzycznie nie była specjalnie zbieżna z moim gustem. Wykonawcy tacy jak Gary Numan czy The Residents to oczywiście w swoim środowisku bardzo uznane marki, ale powiedzmy, że ja tego nie czuję. Od samego początku wiedziałem, że jeśli zawitam do łódzkiej Wytwórni, to głównie po to, żeby obejrzeć występ projektu Holy Holy. Cover bandy to trochę znak naszych czasów. Wielu wielkich nie chce już grać lub nie może z przyczyn tak prozaicznych jak brak tętna. Pojawiają się zatem odtwórcy, którzy przypominają muzykę mistrzów – czasem lepiej, czasem (znacznie częściej) gorzej. Holy Holy nie jest jednak jednym z wielu typowych cover bandów. Owszem – grupa wykonuje jedynie utwory z repertuaru Davida Bowiego (skupiając się przede wszystkim na wczesnym okresie działalności artysty), jednak dowodzą nią dwie postaci, które nadają wyjątkowości całemu przedsięwzięciu – basista i producent Tony Visconti, którego żaden fan Bowiego nie ma prawa nie znać, oraz perkusista Woody Woodmansey, który bębnił na najbardziej znanych albumach w dorobku zmarłego niespełna dwa lata temu wokalisty.


    fot. Justyna Szadkowska

    To nie mój pierwszy kontakt z muzyką Bowiego graną przez muzyków w jakiś sposób z nim związanych. Uwielbiam koncertową płytę projektu Cybernauts, który dwie dekady temu zagrał cykl koncertów, prezentując także wczesne dokonania Davida, a ekipa była to niezwykle zacna, bo łączyła siły fanów muzyka w postaci członków Def Leppard (Joe Elliott i Phil Collen) z jego byłymi współpracownikami z grupy Spiders from Mars (Trevor Bolder i Woody Woodmansey). Od tamtej pory zmieniło się sporo. Nie ma już wśród żywych nie tylko Boldera czy towarzyszącego im wtedy klawiszowca Dicka Decenta, ale także samego Bowiego. Cybernauts pokazali, że da się znakomicie „zrobić” Bowiego bez samego Bowiego. Holy Holy to potwierdzili.

    Zaczęli trochę zaskakująco – od długiego i mało „rozgrzewkowego” w charakterze The Width of a Circle. Muzycznie od samego początku było kapitalnie. Sześcioro instrumentalistów od początku pokazało, że będzie rockowo, soczyście i dynamicznie. Nie byłem za to przekonany, czy będę w stanie zaakceptować wokal Glenna Gregory’ego. Miałem wrażenie, że próbuje śpiewać dużo bardziej melodyjnie od Bowiego i przez to całość traci na teatralności i znika gdzieś część magii. Ale to wrażenie także szybko zniknęło. Z każdym kolejnym numerem Gregory przekonywał mnie do swoich interpretacji, choć absolutnie nie próbował na siłę naśladować Bowiego. Po tym dość zaskakującym początku, zgodnie zresztą z zapowiedziami, zespół zagrał całą płytę The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars – w oryginalnej albumowej kolejności. Są zwolennicy i przeciwnicy takich posunięć, ale dla mnie – jako wielkiego fana tego właśnie krążka – było to kapitalne rozwiązanie, bo miałem wątpliwości, czy kiedykolwiek uda mi się na żywo usłyszeć uwielbiane przeze mnie Moonage Daydream, Starman, Lady Stardust czy absolutnie kapitalną końcówkę płyty w postaci czteropaku Hang on to Yourself / Ziggy Stardust / Suffragette City / Rock ‘n’ Roll Suicide.
  • Przecież te kilkanaście minut to jeden z najlepszych momentów w historii rocka. I wypadło naprawdę zacnie. Oczywiście chciałbym móc usłyszeć te kawałki śpiewane przez gościa, który śpiewać je powinien, ale niestety nigdy nie byłem na koncercie Bowiego i możemy z dość dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że nie będę.

    Odegranie całego klasycznego albumu Ziggy Stardust absolutnie nie zakończyło programu wieczoru. Druga część koncertu to w zasadzie zestaw „greatest hits” glamowego okresu Bowiego: All the Young Dudes, Changes, Life on Mars?… Człowiek pomyślał sobie – „ale by było fajnie, jakby tak jeszcze The Man Who Sold the World zagrali". Bum – jest i The Man Who Sold the World. „Ale by były jaja, jakby na koniec Let’s Dance zarzucili albo Young Americans” (autentyczna wymiana myśli w rockserwisowym obozie). Łup, mamy… No nie, żartowałem, nie było ani jednego, ani drugiego. Było za to „Heroes” – kompletnie niepasujące jeśli chodzi o chronologię, ale myślę, że niespecjalnie to komukolwiek przeszkadzało. Zresztą zakończenie koncertu tak mocnym uderzeniem było dobrym pomysłem.

    21 utworów wczesnego Bowiego w naprawdę bardzo przyjemnych wersjach – to był udany koncert. Trochę obawiałem się, że będzie to znośny, ale jednak niezbyt porywający odgrzewany kotlet o średniej zawartości zaangażowania, tymczasem było naprawdę więcej niż solidnie i autentycznie bardzo przyjemnie spędziłem czas. Szkoda tylko, że przez spore opóźnienie w programie, końcówkę koncertu obserwowała już garstka osób. Gdy zespół schodził ze sceny, była pierwsza w nocy. Ogromny rozstrzał stylistyczny, jeśli chodzi o występujących tego dnia wykonawców, też zapewne nie pomógł, bo mam wrażenie, że część osób po zejściu ze sceny The Residents zwyczajnie nie była już zainteresowana kompletnie inną muzyką serwowaną przez Holy Holy. A szkoda, bo to naprawdę było bardzo udane zwieńczenie tegorocznego Soundedit.
autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: HOLY HOLY / DAVID BOWIE / SOUNDEDIT

...

patronaty



partnerzy