logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
AGUSA
Agusa
27.10.2017
  • Szwedzki kwintet Agusa nie kazał długo czekać na swoje kolejne wydawnictwo. Po dwóch znakomitych albumach studyjnych i wydanej w zeszłym roku koncertówce, Szwedzi wracają z płytą numer trzy zatytułowaną po prostu Agusa. W ostatnich miesiącach nastąpiła zmiana na „stanowisku” klawiszowca, ale płytę nagrywał jeszcze ten skład, który odpowiedzialny był za albumy Två oraz Katarsis. Czego można się spodziewać po tej nowej płycie? Tego co zawsze – folkowo-progresywno-psychodelicznych czarów z mnóstwem uroku i lekkości.

    Agusa ma tak bardzo charakterystyczny styl, że w zasadzie każda kompozycja po najwyżej kilkunastu sekundach musi zostać rozpoznana bezbłędnie jako dzieło tego zespołu, co ma oczywiście swoje plusy i minusy. Tych kompozycji jest w tym przypadku aż pięć. „Aż”, bo zarówno album Två jak i koncertowa płyta Katarsis zawierały po dwa numery. Pięć utworów oznacza, że muzycy Agusy tym razem skoncentrowali się głównie na formach w przedziale 8-10 minut, co w kontekście muzyki mainstreamowej byłoby zapewne dłużyzną, ale dla szwedzkiego zespołu to niemal miniatury muzyczne. Ponieważ, jak już wspomniałem, zespół ma już wyrobiony styl i natychmiast rozpoznawalne brzmienie, nie ma sensu opisywać dokładnie kolejnych kompozycji. Jeśli ktoś szalał na punkcie drugiej płyty Szwedów, to pokocha i płytę numer trzy. Brzmienie wciąż opiera się przede wszystkim na współbrzmieniu fletu, organów i gitary, które koloryzują muzyczny szkielet zapewniany przez grającą na luzie sekcję rytmiczną. To wszystko razem daje bardzo ciepłe i niezwykle przyjemne brzmienie, znakomicie współgrające z muzycznymi porami roku. Bo w zasadzie poza chłodną, nieprzystępną zimą, mamy w muzyce Agusy wszystkie inne odcienie rocznego cyklu natury. Zarówno optymistyczną wiosnę, gdy wszystko budzi się do życia, jak i upalne, radosne, spędzane na łonie natury lato, oraz nieco melancholijną, ale potrafiącą zachwycić tym swoim smutkiem jesień.

    Przyznam, że trochę brakuje mi bardziej psychodelicznych odjazdów z mocniejszym brzmieniem. To nie znaczy, że ich w ogóle nie ma. W otwierającym płytę numerze Landet Längesen gdzieś w okolicach połowy kompozycji zespół, wciąż bazując w zasadzie na wariacjach jednego motywu, dodaje trochę ciężaru i sprawdza się to znakomicie. Z kolei Den fӧrtrollade skogen rozpoczyna bardzo udana, mroczno-tajemnicza psychodeliczna partia, która wprowadza nieco urozmaicenia. I mimo, że potem do głosu dochodzą znowu na jakiś czas brzmienia folkowe, to całość ma przyjemny, momentami trochę bardziej oszczędny i tajemniczy klimat. Świetnie rozkręca się także Sagor från Saaris, w którym po standardowym skoczno-folkowym początku robi się ciężej, mroczniej, nieco bardziej hałaśliwie, a przesterowana gitara kapitalnie burzy ten sielski klimat dominujący na płycie.
  • Z kolei w zamykającym płytę Bortom Hemom niesamowicie brzmi końcowy fragment z fantastyczną partią gitary (a przy okazji – mam wrażenie, że muzycy są chyba fanami Gry o tron).

    Przydałoby się więcej takich brzmień, bo mam wrażenie, że zespół poszedł na tym albumie bardziej w klimaty psychodelii folkowej, odstawiając trochę na bok zarówno brzmienia orientalne, które kapitalnie sprawdzały się na debiucie, jak i właśnie taką nieco cięższą, mroczną psychodelię. Ona pojawia się co jakiś czas, ale raczej jako dodatek. Z drugiej strony, nie mam wątpliwości, że te utwory w wersjach koncertowych mogą mieć zupełnie inny charakter, bo przecież w przypadku Agusy wersje płytowe to w zasadzie jedynie fundament właśnie pod wykonania koncertowe. Sprzyja temu konstrukcja utworów, która wbrew pozorom nie jest zbyt skomplikowana. Numery zawarte na płycie Agusa są wymyślone bardzo logicznie i bez większych pułapek rytmicznych. Gdy już zespół wejdzie na właściwe obroty, porusza się w zasadzie w obrębie jednego rytmu, zmieniając jedynie „dekoracje”. To sprawia, że bardzo łatwo te „dekoracje” modyfikować, zarówno w studiu, jak i – przede wszystkim – na żywo.

    To kolejna kapitalna płyta tego zespołu, ale zastanawiam się, czy – jeśli wciąż będą się trzymali dokładnie tego brzmienia – za dwie czy trzy płyty nie zacznie mi się to lekko nudzić. Mam nadzieję, że na kolejnych albumach pojawi się nieco więcej klimatów cięższej, mroczniejszej psychodelii, ewentualnie częstsze nawiązania być może do orientalnego rocka lub muzyki z jeszcze innych rejonów świata. Ale na razie jeszcze ta pewna przewidywalność muzyki Agusy na tej płycie mi nie przeszkadza. Głównie dlatego, że zespół wciąż brzmi obłędnie, a słuchanie tych dźwięków to czysta przyjemność. To na pewno będzie mocny kandydat do mojego tegorocznego top 10, który przecież niedługo trzeba będzie wybrać.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: AGUSA /

...

patronaty



partnerzy