logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
DANIEL CAVANAGH
Monochrome
13.10.2017
Ocena:
  • Na następcę "Distant Satellites" Anathemy czekaliśmy trzy lata. 9 czerwca ukazał się fantastyczny "The Optimist" - album zaskakujący, o filmowym scenariuszu, będący kontynuacją "A Fine Day To Exit" z 2001 roku. Tymczasem to nie koniec anathemowych niespodzianek na ten rok. Główny gitarzysta i kompozytor zespołu postanowił podzielić się z fanami swoim solowym albumem, który z powodzeniem można byłoby uznać za… kontynuację lub część drugą czerwcowego wydawnictwa.


    "Monochrome" to siedem snujących się niespiesznie, relaksujących kompozycji, wypełnionych nastrojowymi, klawiszowo - gitarowymi pejzażami. Jak wskazuje już sam tytuł, utwory utrzymane są w jednorodnej stylistyce. Sam autor podkreśla, że płyta brzmi najpiękniej nocą, przy subtelnym świetle świec, gdy wszelkie dźwięki zakłócające odbiór sztuki ucichną lub wczesnym rankiem, kiedy pojawiają się pierwsze promienie słońca nad horyzontem. Opisane okoliczności stwarzają okazję do medytacji i przemyśleń dotyczących sensu życia, którym sprzyja nostalgiczna muzyka.


    Na albumie dominują delikatne, ambientowe melodie fortepianu, przeplatające się z przepięknymi gitarowymi partiami, dopieszczonymi brzmieniem instrumentów smyczkowych. Na instrumentalnym tle błyszczy czysty głos Daniela, którego w kilku utworach wokalnie wspiera znana głównie z The Gathering Anneke van Giersbergen. Duety dwojga przyjaciół, którzy współpracowali już ze sobą w 2009 roku przy okazji "In Parallel", zachwycą niejednego fana romantycznego, balladowego oblicza Anathemy. Natomiast w warstwie muzycznej gościnnie udzielają się multiinstrumentalista Arjen Lucassen (w utworach "This Music", "Soho" oraz "Oceans Of Time"), jak również utalentowana skrzypaczka Anna Phoebe, którą słyszymy w "Soho" i "Dawn".


    Lirycznie album jest dość oszczędny w słowach, co jednak zupełnie nie ma wpływu na emocjonalne bogactwo zawartości. To dzieło bardzo osobiste, wręcz intymne, inspirowane autentycznymi przeżyciami autora, dotyczącymi głównie miłości i straty, które wymaga odpowiednich okoliczności, by w pełni docenić płynący ze słów przekaz. Co ciekawe, utwory pasują koncepcyjnie do zawartości "Weather Systems" z 2012 roku, która opowiada o wspomnianych uczuciach, lecz także do ostatniego dzieła Anathemy. W wieńczącym płytę "Some Dreams Come True" słyszalny jest szum morza oraz odgłosy mew, a także śmiech dziecka, który zostaje ujawniony po chwili ciszy w ostatnim utworze na "The Optimist".


    Pomimo bardzo pozytywnych opinii muzyków Anathemy i chęci wykorzystania kompozytorskich pomysłów gitarzysty na nowym albumie (pierwotnie pierwszy na solowej płycie utwór "The Exorcist" miał być punktem centralnym wydawnictwa zespołowego), Cavanagh uznał, że jest z utworami zbyt związany emocjonalnie i jedynym słusznym rozwiązaniem będzie wydanie osobnej płyty pod swoim nazwiskiem.
  • Przyznał również, że wyróżniające się według niego na albumie pozycje, tj. wspomniany powyżej rozpoczynający wydawnictwo singel oraz eksperymentalny, znacznie dłuższy "The Silent Flight of the Raven Winged Hours" to jedne z najlepszych kompozycji, które udało mu się stworzyć w ciągu ostatniej dekady. Zdecydowanie zgadzam się z autorem w kwestii drugiego wymienionego utworu, którego nie powstydziłby się sam Steven Wilson. To trwające niespełna dziesięć minut małe dzieło sztuki rozpoczyna się od klasycznego fortepianowego motywu, który stopniowo staje się coraz bardziej intensywny. Wspaniale współbrzmi z nim partia orkiestrowa, podkreślająca melancholijny nastrój. Z minuty na minutę utwór narasta i staje się coraz bardziej mroczny, eksplodując w punkcie kulminacyjnym genialnym gitarowym eksperymentem. Apokaliptyczną atmosferę potęguje tu także transowa wokaliza oraz syntezatorowe pejzaże. Utwór kończy się tym samym klawiszowym motywem, którym się rozpoczyna, jednak zagranym wolniej, oszczędniej, bardziej przytłaczająco.


    Ze smutkiem czwartej albumowej opowieści wspaniale kontrastuje następująca po niej radosna miniatura zatytułowana "Dawn", w której folkowo brzmiąca gitara akustyczna zostaje wsparta zwiewnym riffem granym na skrzypcach, przez wspomnianą już Annę Phoebe. To drugi instrumentalny utwór na "Monochrome". Trwa zdecydowanie za krótko (niespełna 3 minuty) i aż prosi się o kontynuację. Jednak po ponad dziesięciominutowej dawce muzycznych eksperymentów otrzymujemy w zamian dwie romantyczne ballady, podobne do trzech początkowych na albumie, jakby wyjęte z twórczości Anathemy.
    Pomimo powtarzalności, a nawet pewnej schematyczności końcowych utworów, uwagę słuchacza zwrócą kojące, wieńczące album dźwięki ostatniego "Some Dreams Come True", w którym poza wspomnianymi wcześniej zabiegami kompozycyjnymi przywołującymi na myśl zakończenie "The Optimist", wyróżnia się bajkowa partia fortepianu, przypominająca nieco klimatem twórczość Islandczyków z Sigur Ros, szczególnie z pół-akustycznych pejzażowych brzmień z koncertowego filmu o wdzięcznym tytule "Heima" ("W domu").


    Rzeczywiście, słuchając solowego dzieła Daniela Cavanagha i będąc fanem Anathemy można mieć wrażenie, że jesteśmy "w domu". Nie od dziś wiadomo przecież, że wielu z nas podobają się dźwięki, które już gdzieś słyszeliśmy. Album tworzy zgrabną całość, która jednak zdecydowanie wymaga odpowiedniego nastroju i nie sprawdzi się o każdej porze dnia i nocy. Nie jest to także jeden z tych przełomowych i bardzo zaskakujących albumów, które zmienią bieg muzycznej historii, lecz po prostu porcja bardzo przyjemnych kompozycji z odrobiną oryginalności. Dla sympatyków Anathemy to pozycja obowiązkowa, natomiast dla słuchaczy poszukujących zaskoczeń, ciekawostka, po którą warto sięgnąć w wolnej chwili.


autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: DANIEL CAVANAGH / ANATHEMA

...

patronaty



partnerzy