logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
BLACK COUNTRY COMMUNION
BCC IV
22.09.2017
Ocena:
  • Przeczytałem kiedyś, że wielkości talentu muzyków Black Country Communion dorównuje jedynie ego każdego z nich. Coś w tym pewnie jest, bo po nagraniu dwóch kapitalnych i jednej hmm mniej kapitalnej, choć wciąż bardzo solidnej rockowej płyty, drogi panów czasowo się rozeszły. Na początku było nawet dość niemiło, kiedy Glenn Hughes i Joe Bonamassa podszczypywali się publicznie, przerzucając na siebie nawzajem winę za rozpad grupy. Potem jednak dali sobie buzi na zgodę i zapanowała cisza w eterze. Aż tu nagle w zeszłym roku pojawia się informacja, że BCC wraca, i to w dodatku po sugestii Bonamassy, który miał z całej czwórki najmniej czasu dla tego zespołu kilka lat temu. Skład ten sam, producent także, poziom talentu niewątpliwie też nie spadł, więc oczekiwania musiały być spore. I to może jest największy problem tej płyty. Jest naprawdę całkiem dobra sama w sobie, ale chyba jednak nie wytrzymuje naporu oczekiwań. Przynajmniej moich.

    Pierwszy singiel, Collide – przy okazji także numer całą płytę otwierający – to solidny, rockowy kawałek. Bez fajerwerków, ale to w końcu singiel. Single rzadko bywają odkrywcze, a jeszcze rzadziej są najlepszymi utworami na płytach rockowych. Ale jak to w przypadku BCC zazwyczaj bywa, płyta jest mieszanką takich nieco prostszych, bardziej przebojowych, rockowych numerów oraz rzeczy trochę bardziej złożonych i wielowarstwowych. Wśród tych pierwszych średnio mnie przekonuje zapewne potencjalny drugi singiel czyli Over My Head. Lepiej wypadają inne szybsze kawałki. Sway przyjemnie łączy ciężki, rwany riff z bogatym tłem klawiszowym, a refren jest naprawdę mocny. The Crow co prawda trwa aż sześć minut, ale to mimo wszystko też utwór niezbyt skomplikowany, dość chwytliwy i bardzo dynamiczny. I zdecydowanie z tej grupy najlepszy. Znalazło się miejsce zarówno na kapitalne wstawki Hammondów, jak i na wysunięcie basu na pierwszy plan na jakiś czas. Dzięki środkowej części instrumentalnej, która kapitalnie się rozwija (i stanowczo za szybko kończy), każdy z czwórki muzyków ma tu mnóstwo okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Ciekawie brzmi także Awake – niby typowy numer Black Country Communion, ale uwagę zwraca dość interesujący motyw gitarowy ze wstępu, który przewija się jeszcze kilka razy w całym utworze.

    Pierwszym dłuższym i nieco bardziej złożonym numerem – choć niepozbawionym przebojowości – jest The Last Song for My Resting Place i od razu mamy prawdziwą perełkę. Mocne folkowe naleciałości, kapitalny wokal Bonamassy i świetne dwugłosy z Hughesem w refrenie, do tego naprawdę udane połączenie melodyjności i przebojowości ze świetnym klimatem i nieco bardziej rozbudowaną formą muzyczną. Drugim z moich ulubionych utworów na albumie jest The Cove – spokojny, klimatyczny, może nawet nieco tajemniczy wstęp, ale potem już bogaty aranż i mocne, rockowe brzmienie.
  • Do tego ten wokal Hughesa. Nie wiem jak ten gość to robi. Ma 66 lat, 40 lat temu mało brakło, a zaćpałby się na śmierć (i tak przez kilkanaście kolejnych lat…), a trzyma się zdecydowanie najlepiej głosowo ze wszystkich wielkich wokalistów złotej ery hard rocka. Niesamowite. Ale wróćmy do utworów. Niestety te dwa wspomniane przed chwilą to według mnie dwa absolutnie najlepsze kawałki na płycie. Co samo w sobie nie jest niczym złym, bo to świetne numery. Gorzej, że reszta została dość mocno w tyle. Nie żeby była słaba. Płyta składa się z dziesięciu w najgorszym razie bardzo solidnych numerów. Tyle, że solidność to jednak nie jest to, czego oczekuje po czterech kapitalnych muzykach. Bo niby takie Wanderlust – najdłuższy numer na płycie – momentami jest naprawdę świetne, ale pamiętam z niego głównie kapitalną, instrumentalną końcówkę oraz wpadający w ucho refren. Reszta za cholerę do głowy wejść nie może.

    Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak narzekanie, bo „czwórka” to bardzo solidna płyta z kilkoma kapitalnymi przebłyskami, do tego dość różnorodna muzycznie. Ale poziomem materiału raczej zbliżona do równie solidnej, lecz pozbawionej elementu geniuszu Afterglow, a nie do kapitalnych dwóch pierwszych albumów. Numery takie jak The Cove czy The Last Song for My Resting Place z pewnością należą do czołówki najlepszych utworów w dorobku BCC, ale mam wrażenie, że reszta materiału nie wychodzi ponad wyższe stany średnie. Mimo wszystko cieszę się, że znowu ich mamy. I mam nadzieję, że nie będzie to jedynie powrót na jeden album i trzy koncerty. Potencjał tego zespołu jest zbyt duży, żeby marnować go na kłótnie i pojedynkowanie się na długość… po prostu na pojedynkowanie się. BCC IV raczej nie powalczy o czołówkę mojej listy ulubionych albumów 2017 roku, ale będę do niej wracał. Bo mimo wszystko jest to album, który fani dobrego rockowego grania powinni mieć.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: BLACK COUNTRY COMMUNION / GLENN HUGHES / JOE BONAMASSA / DEREK SHERINIAN / JASON BONHAM / RECENZJA / 2017 /

...

patronaty



partnerzy