Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

AGUSA

Prima Materia

15.06.2023

Ocena:

autor:
Jakub Bizon Michalski

blog autora:

http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/

Nowa płyta grupy Agusa to dla mnie zawsze muzyczne święto. Ten zespół – mimo licznych zmian w składzie w ostatnich kilku latach – po prostu nie zawodzi. Kiedyś trochę narzekałem, że zaczynają brzmieć podobnie na kolejnych płytach, ale gdy tylko zacząłem to odczuwać, na następnym albumie dodali nieco nowych elementów i wszystko wróciło na właściwe tory (to na pewno moja zasługa). Podobnie jest tym razem. Prima Materia to oczywiście dźwięki, które możemy natychmiast utożsamiać z tą szwedzką formacją, ale jest wystarczająco dużo świeżych elementów, by nowe wydawnictwo wyróżniało się na tle poprzednich.

Tym razem na płycie nie mamy dwóch bardzo długich numerów, a cztery… wciąż w większości dość długie. Trzy z nich przekraczają dziesięć minut (choć dwa bardzo nieznacznie). Lust och Fägring (Sommarvisan) z miejsca wysoko ustawia obroty, prowadzone jest kapitalnym brzmieniem organów. W pierwszej części mamy kapitalny cytat z Griega. Gdzieś w połowie numer na moment przeradza się w klimatycznego bluesiora, ale końcówka to znowu luz, polot, lekkość brzmienia i nieco okołofolkowej tajemniczości, a ostatnie sekundy to znowu odkręcenie na maksa wszystkich muzycznych zaworów. Oczywiście jak zwykle ważną rolę w aranżacjach odgrywa flet, ale tak naprawdę wszystkie pojawiające się tu instrumenty mają swoje do zrobienia i każdy z nich jest ważną częścią całości. To jednocześnie zdecydowanie najdłuższa kompozycja w zestawie.

Under Bar Himmel z początku zdecydowanie uspokaja nastrój i pozwala nieco odetchnąć po szaleństwach, jeśli ktoś dał się ponieść końcówce poprzedniego numeru. Flet prowadzi dla nas piękną, melancholijną, bardzo nastrojową melodię. Oczywiście nie dajemy się nabrać. Zbyt dobrze ich znamy i wiemy, że za moment przyspieszą. I faktycznie, po trzech minutach prowadzenia tej pięknej melodii, zespół wrzuca wyższy bieg… nie, ze trzy biegi wyżej w zasadzie. Melodia się drastycznie nie zmienia, ale tempo i ciężar tak. Do głosu dochodzi także przeważnie schowana do tej pory nieco w tle gitara i przypominamy sobie, że przecież jeśli chodzi o partie solowe w tej grupie, to flet i organy nie zdominowały tak całkowicie tej przestrzeni. Wyszaleli się? To dobrze, bo na ostatnie minuty zespół znowu uspokaja i można się odprężyć, a nawet przyjemnie odlecieć przy delikatniejszych brzmieniach, aż wreszcie wracamy do motywu z początku utworu i wszystko ładnie zostaje spięte muzyczną klamrą.

Ur Askan po spokojnym, organowym, podniosłym początku zaskakuje mieszanką reggae ze skoczną muzyką z silnymi bliskowschodnimi naleciałościami. Bliski Wschód i reggae? No co ja poradzę, że właśnie tak to słyszę? Ale to o dziwo się sprawdza i brzmi bardzo przyjemnie, a przy okazji zupełnie inaczej niż wcześniejsze kompozycje na tej płycie. Lubię zresztą, gdy Agusa idzie mocniej właśnie w te nieco pustynne, kojarzące się z Azją dźwięki. W końcu moją ulubioną po dziś dzień kompozycją tego zespołu jest Östan om sol, västam om måne z debiutanckiego albumu, przy którym też można od samego słuchania poczuć piasek między zębami. Tu mam przed oczami okryte kolorowymi chustami tancerki oraz gościa grającego na flecie, siedzącego przed dzbanem, z którego powoli wychyla się kobra. Uważajcie, żeby się za mocno nie zasłuchać, bo może wam wejść za nogawkę ;) Pod koniec czeka nas natomiast spora niespodzianka. Nagle muzyka uspokaja się i słyszymy… wokal flecistki Jenny Puertas. Na szybko przypominam sobie tylko jeden fragment w dorobku Agusy, w którym pojawiał się wokal – i to na albumie debiutanckim, zatem dziewięć lat temu. I choć zdecydowanie Agusa powinna według mnie zostać zespołem grającym przede wszystkim muzykę instrumentalną, ten mały wtręt wokalny był bardzo przyjemny i takie niespodzianki od czasu do czasu są jak najbardziej mile widziane.

Głos – tym razem nie tylko Jenny, lecz także perkusisty Nicolasa Difonisa – słyszymy także na początku zamykającej całość kompozycji Så Ock på Jorden, choć tu jedynie w formie krótkiej wokalizy. Tym razem mamy równy, miarowy rytm wyznaczany przez bas, znowu gdzieś w okolicach muzyki raczej z krajów o cieplejszym niż Szwecja klimacie. To zdecydowanie najkrótszy utwór w zestawie – zaledwie siedmiominutowy – ale i tutaj zespół ma czas, żeby zaprezentować szeroką paletę muzycznych barw. Dzięki temu otrzymujemy nie tylko typowe dla Agusy brzmienia folk-rockowe, ale i nieco klimatów R&B, a pod koniec to pojawia się i przyjemna, lekko psychodeliczna kołderka.

To kolejny bardzo udany album szwedzkiego kwintetu. I o ile jakiś czas temu można się było autentycznie obawiać, czy nie zaczną zjadać własnego ogona, teraz takich obaw już nie mam. Nie wiem, czy to kwestia odświeżania co jakiś czas składu (z pierwotnego pozostał już jedynie gitarzysta, a flecistka dołączyła tuż po wydaniu pierwszej płyty – reszta muzyków to nabytki z ostatnich kilku lat), czy może po prostu zespół sam doszedł do wniosku, że stagnacja nie byłaby dobrym pomysłem. Efekt w każdym razie jest taki, że mimo ogólnie znajomego muzycznego klimatu i brzmienia, formacja Agusa nagrała płytę zupełnie inną niż wcześniejsze, a do tego – co jeszcze ważniejsze – po prostu bardzo udaną. Jest sporo elementów znajomych, kilka całkowicie nowych lub pojawiających się po długiej przerwie. I jest znakomicie.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.